o czasie, materii i przestrzeni
Kategorie: Wszystkie | Myśli | Opowiadania | Wydarzenia | różności | sny | wspomnienia
RSS
sobota, 28 stycznia 2012
Rozstanie
   Dzień był słoneczny. Ciśnienie wysokie, słońce wspinało się po firmamencie by zasiąść niczym król w zenicie i ogłosić wszystkim dumnie „Schodzę”. Filo też miał zamiar to ogłosić, choć nie wiedział dokładnie, kiedy to może nastąpić. Nie bardzo też wiedział w którym, punkcie drabiny się znajduje, czy to już było powolne konanie, czy też wydobywanie się z dołka, z nadzieją, że jeszcze jakaś górka przed nim, lub chociażby wzgórek łonowy. Tak też błądząc w swej wyobraźni, postanowił rzecz tę zgłębić artystycznie i wzorem swego kinowego mistrza Woody Allena, rozstawił nogi trójnogu na statywie, umieścił na nim amatorską kamerę i włączył opcje nagrywanie. Rozsiadł się wygodnie na swojej kanapie, pachnącej jeszcze Dominiką i zaczął swoją opowieść;

- Właściwie, to nie wiem dlaczego tak się stało. Gdzie popełniłem błąd? Może powinienem teraz po prostu powiedzieć ten wiersz Brasens’a, wyrecytować go najpiękniej jak potrafię; puścić podkładzik muzyczny w tle, najlepiej Niech to będzie Andreas Boczellik, mógłby też być Lipiński z Tiltu ze swoim świetnym, kawałkiem „O co ci w ogóle chodzi? Po co Ci te kombinacje, nie musimy się katować, nie normalną sytuacją”. Ale ty przecież, nie lubisz rocka, nie czaisz tej poetyki i zaraz zareagujesz pięknym zdankiem, że takim to tylko kariera w głowie, narkotyki, seks i że zdechną wszyscy jak na to zasługują. Więc teraz spokojnie; bez emocji na wydechu i szczerze, bez muzyki i bez…; Nie opuszczaj mnie, każda moja łza szepcze, że co złe, się zapomnieć da, zapomnijmy ten utracony czas, co oddalał nas co zabijał nas i pytania złe i natrętne tak -jak? - dlaczego? – Jak? zapomnijmy je, nie opuszczaj mnie.

   Filo zrobił pauzę. Zatrzymał wzrok w oku kamery, podszedł by nacisnąć – stop. I wybuchł dziecięcym płaczem.

- Nie ty się nigdy nic nie nauczysz! – odezwał się Czocher – przestań robić z siebie pajaca, nędzny aktorzyno.
- O co Ci chodzi?
- Nie graj! Nie jesteś na scenie. Myślisz, że ona potrzebuje aktora, który będzie mamił ją pięknymi słówkami.
- Ty też Brutusie, przeciwko, mnie! Dlaczego wszyscy mi mówią o tych pięknych słówkach? Że gram, że udaje. A co ja to do cholery tego nie widzę? Po cholerę, tak paplała jęzorem, w kółko i na okrągło, że ja się zakochałam, że uwierzyłam, że chciałam zbudować związek, oparty na zaufaniu i wzajemności, że kochać, to znaczy wybaczać, akceptować takiego jakim się jest! I co? To nie są piękne słówka? Też uwierzyłem.
- Super, teraz jesteś zły i wściekły, brawo, prawdziwe emocje. Ale przynajmniej nie masz depresji i myśli samobójczych.
   Filo podchodzi do małpy bierze ją za szyję ściska tak mocno, aż oczy wychodzą jej z orbit!
- Nie przesadzaj. Nie rób nic czego byś potem mógł żałować. Beze mnie jesteś nikim! Ostrzegam cię.
   Filo z furią ciska futrzakiem o ścianę. Ten opada na podłogę, otrzepuje się i z wdziękiem osiołka ze Shreka wypowiada kwestię;
- Masz szczęście, że nie jestem marionetką. Nici byś poplątał, zawiasy by mi popuszczały i gówno by wyszło z chałtury, palancie. Apropo – czy my się czasem nie spóźnimy?
- Która godzina? – Filo spojrzał na zegarek –  spokojnie jeszcze, kupa czasu. Występ mam późnym wieczorem.
- Ale do Rzeszowa jest kawał drogi.
- Damy radę!
- I kto to mówi?

  Filo wziął pacynkę do ręki. Zrobili do siebie kilka śmiesznych grymasów, dwaj przyjaciele schizofrenicznej podróży. Pogłaskali się po czołach, futrach, siwiznach i łysinie.
- Działa ten krem pod oczy – komplementował kompana Czocher.
- Daj spokój! – odciął się Filo, po czym złapał go mocniej za tułów i zaczął upychać w walizce.
- Zamkniesz się wreszcie i przestaniesz przeszkadzać!
- Przestań ja też, chcę trochę pocieszyć się powietrzem.
- Przecież jesteś beztlenowcem – powiedział domykając zamek błyskawiczny. Po czym wziął i zamknął go w łazience.
  „Będzie spokój” – pomyślał – „Przynajmniej przez czas jakiś.” Podszedł do kamery i uruchomił ją ponownie.

- Skąd ja do cholery mogłem wiedzieć, jak ty to zrozumiesz? Przecież…pamiętasz? Wszystko było ok. Prawda? Boże jakie to cudowne uczucie, mówić do rzeczy. – Filo zaczął tańczyć w euforii po pokoju - Do kamery do klamek, ścian, lampy, kubka na kawę z którego razem piliśmy, do kieliszków. Pustych, psia krew i cholera jasna! Dmuchać do butelki po piwie i słuchać jak huczy. U! U! Jakie to wspaniałe, wiedzieć, że mogę skończyć zdanie i sam się do niego odnieść. A ty mi ciągle się do swoich monologów, kazałaś odnosić. I ja bez przerwy, przez cały czas, tak wiedz to i niech to raz wreszcie zostanie powiedziane, ja przez cały czas, podczas tych, twoich monologów, siedziałem jak na tureckim kazaniu i słuchałem. Słuchałem zgodnie z tym co piszą w poradnikach psychologicznych, niech się baba wygada. Przejdzie jej. Więc siedziałem tak i czekałem aż, skończysz aż postawisz kropkę, a ty podskakiwałaś na krzesełku jak na sprężynie widząc moje zniecierpliwienie i mówiłaś „już kończę!”  i dalej swoje perorowałaś, że przecież, jak ja mogłem, nosić zdjęcie swojej byłej w portfelu, mimo, że Cię sto pięćdziesiąt razy prosiłem i błagałem – Kochanie – mówiłem. Spokojnym ciepłym głosem mówiłem – nie mówmy już o tym! Nie wracajmy do tego! – prosiłem. Ale ty dalej swoje i znowu „już kończę” i dalej w kółko i hop sa sa, biegajmy razem w kolo i bawmy się. „Bo starsi już poszli a młodsi jeszcze nie” -  Taka piosenka była w przedszkolu. Nie ważne wygłupiam się.
   Więc kiedy słyszę jak znów o ty samym, jak mnie diagnozujesz, mówisz o Erosie, Psyche, Dionizosie, Froudzie i syndromie DDA, o całej plejadzie gwiazd, bogów, którzy się na nas uwzięli i bezpardonowo wpychają się nam do łóżka, o chrześcijaństwie, które zabiło twoją kobiecość, to sobie myślę, że do tej listy żali, pretensji i wyrzutów brakuje tylko zeszłorocznego śniegu. I kiedy na dodatek jeszcze, żeby mnie do czerwoności doprowadzić, w chwili, gdy chcę ci powiedzieć, że cię pragnę, że wyglądasz pięknie, kiedy o tym wszystkim nie myślisz, kiedy chcę cię dotknąć wziąć za rękę, przytulić, objąć czule, ukoić twój ból i pobyć ze sobą w ciszy, to ty wtedy mówisz znowu „już kończę” i to już przechyla nasz statek goryczy i nerwy mi puszczają i kurwa krzyczę „Już szósty raz mówisz, że kończysz i skończyć nie możesz!”
    Filo łapie oddech. Przerywa i wyłącza kamerę. Cofa do początku i ogląda na podglądzie. Ponieważ nie ma dźwięku podłącza sprzęt do telewizora. Nie podoba mu się ten wygłup. Patrzy nerwowo na zegarek. Nastawie nagrywanie raz jeszcze, ale po słowach „Wszystko było ok. Prawda?
- Teraz, kiedy tak, mówię, patrząc w oko kamery, nie widząc Twoich oczu. Brakuje mi ich. Brakuje mi Ciebie, Twojego zapachu, Twoich wtrętów, tego, że mi przerywałaś w pół zdania. Brakuje mi Twojego brzucha, białych ud i rozkoszy, którą mi dawałaś otwierając się przede mną. Widzisz. Ja nie wiem dlaczego, bóg tak nas stworzył, że różnimy się, całkowicie. Naukowcy twierdzą, że nawet mózgi mamy odmienne, nie tylko genitalia. Ja nie rozumiem, tych wszystkich mechanizmów psychologicznych, odmienności kulturowej i genetycznej histerii. Ja bym chciał Ci za każdym razem, po, mówić Kocham Cię, ale…czy to moja wina, że mi się spać chce? – Filo przerywa nagle, bo czuje, że mu się z tego polska komedia robi. Nic śmiesznego. Otwiera szufladkę na taśmę ośmiomilimetrową. Jak na gołodupca przystało, pracuje na sprzęcie pamiętającym jeszcze upadek muru berlińskiego i Szklaną Pogodę Lombardu.
- Beznadziejne to wszystko! – drze się wściekły i szarpie z taśmą ją też drąc na strzępy. - Niech to jasny szlag! Dionizos, Zeus, Psyche, Kasjopeja i Epopeja i Peja z Kielc raper w ząbek czesany. Piorun jeden niech strzeli w to wszystko i będzie spokój święty!
   Lecz zamiast błyskawic, burz, wichrów i końca świata melodia radosna się słyszeć w jego pokoju dała. Marek Grechuta, śpiewnie, swym lirycznym głosem Filostradosowi przypomniał że „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy” – taka bowiem melodia na opcję Dominika w komórce jego ustawiona była.
  Filo oddech wziął głęboki. Nacisnął klawisz odbierz i telefon swój stary do ucha przyłożył;
- Cześć Filo, nie przeszkadzam? – Głos znajomy, głęboki, erotyzmem pachnący Filo w sercu aż usłyszał.
- Nie, oczywiście, że nie, słucham – z zaciekawieniem ucho swe do sytuacji dostroił.
- Słuchaj Filo, ja powiem krótko, w dwóch zdaniach spróbuje, bo widzisz ja mam swoje lata, ja też nie chcę być samotna,  wiem, że się starzeje, chociaż na jogę chodzę i na aerobik, na tai – chi nie, bo jakoś mi nie pasuje, zresztą ci chińczycy jacyś dziwni, tacy dla mnie, takie oczy skośne śmieszne mają. Ja w każdym razie, chcę żebyś wiedział, że ja się postanowiłam przyglądać, że ja nie wiem co to znaczy, ale że możemy zostać przyjaciółmi i zobaczyć co dalej wyniknie? Ja myślę, że dobrze będzie, jak sobie damy trochę przestrzeni, wolności, może ja kogoś spotkam, może ty, w końcu wszystko się może zdarzyć, wiesz ja nie chcę rozszarpywać ran, ja myślę, że masz racje, że za dużo się tych książek psychologicznych naczytaliśmy i że wiesz, ja myślę, że tak, że cisza to jest to…tak to jest to…skończyłam. – to skończyłam powiedziała ładnie, tak śpiewnie, tak uwodząco i erotycznie, aż mu się ciśnienie podniosło. Cisza o której mowa była, w słuchawkach zapadła. Oboje tak uczepieni jej, jak pszczoły do plastra miodu pozostali chwilę i na dalszy ciąg zdarzeń w gotowości czekali.
Filo mruknął coś pod nosem, co by dać znak że żyje. Odchrząknął i jeszcze raz mruknął.
- Powiesz coś, czy będziesz tak chrząkał?
- Zaskoczyłaś mnie. Ale wiesz, myślę, że to dobra wiadomość jest. Bo ja też o Tobie myślałem.
- Tak? co myślałeś? – weszła w pół słowa.
- Nieważne, zresztą ja teraz śpieszę się wiesz, występ mam w Rzeszowie.
- No tak zawsze, masz występ, lub się śpieszysz gdy chcę porozmawiać.
  „Znów się zaczęło” -  pomyślał Filo i wdech wziął głęboki.
- Kocham Cię i tylko to się liczy – Zeus się w jego tembrze głosu odezwał.
- Dobrze, jedź z bogiem i wracaj szczęśliwie.

   Filo znieruchomiał. Komórkę na stole położył. Za głowę się złapał. I skronie swoje siwe drapać sobie począł. Drapał tak i drapał, bo mu to ulgę jakąś dziwną przynosić zaczęło. Śmiać się po chwili histerycznie zaczął. Potem tańczyć na jednej nodze, zdrowej tej, a po chwili drugą dodał, przysiadów dziesięć zrobił, żeby mięśnie wzmocnić i nagle do drogi przygotować się postanowił.

17:34, filostrados , Opowiadania
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 stycznia 2012
Urodziny
   Jest 24 stycznia, rano. Zegar miarowo określa swój czas. Konsekwentnie. Bez specjalnego zaangażowania, niemniej jednak jest stanowczy w tym swoim działaniu. Filo przeciera oczy i łapie z nim wzrokowy kontakt. Zegar mruga do niego swoim okiem i informuje: "Jest dwadzieścia po ósmej". "Cholera" - wita dzień nasz bohater i przewraca się na drugą stronę łóżka. "A kij tam" - naciąga na siebie kołdrę - "i tak nie mam po co żyć"
- Jasne! - odzywa się wiszący na krześle Czocher - jeszcze przedwczoraj miałeś zarabiać miliony. Pamiętasz? Jak opowiadałeś Dominice o swoich szkoleniach, o właściwym podejściu do pieniędzy, tłumaczyłeś zasady działania długofalowych oszczędności, mówiłeś, o ludziach którzy pracują w finansach, że są tacy pewni siebie i swoich wartości, cytowałeś je z pamięci - Uczciwość - Otwartość i przejrzystość - Wzajemny Szacunek - Odpowiedzialność Społeczna i Ekologiczna.
- I ty w to wszystko uwierzyłeś? - Filo wyczłapał się z pościeli, chociażby tylko po to by urwać łeb tej głupiej małpie.
- Oczywiście, że nie, ale byłeś bardzo przekonujący.
- No właśnie! Umiem zrobić dobre tylko pierwsze wrażenie. Potem zaczynają się schody.
- Masz racje! wszystko jest do dupy, choć się pochlastamy - Czocher obejmuje swym małpim ramieniem swego towarzysza, a wraz z nim kamera zatrzymując ich obydwu w kadrze. Milcząca obecność smutku mieszającego się ze współczuciem, trwa przez czas potrzebny do zrobienia drugiego ujęcia. Dźwięk telefonu, przenosi akcję w inną przestrzeń. Ujęcie na detal. Niech będzie, Samsung Galaxy - Marzenie Filostradosa - punkt dla sponsoringu.
- Halo - gburowatym głosem odzywa się Filo. Czocher wali go w łeb - ciepło i z uczuciem.
- Filuś, to ty kochanieniki ? - ciotunia skarb najsłodszy, życzenia  złożyć mu pragnie, nie bacząc na to, że na ostrze ironii jej życzliwość nadziać się może. - A co ty chory jesteś? Głos masz taki zmieniony.
- Tak Ciociu, trochę się przeziębiłem - Filo się w porę w język gryzie, bo już rad był chlapnąć, że się na tamten świat całą noc wybierał. - A to widzisz go, franca jakaś, wszystkich nas tak powoli skosić chce, jedna. Ja też tak samo, dwa dni mnie trzymało. Niby nic, ale tak to ciężko znosiłam, że ledwo co na nogach ustać mogłam...
   Filo słuchawkę od ucha odstawia i Czocherowi do posłuchania daje.
- Masz, słuchaj. Powiesz mi kiedy kropkę postawi. Dopiero co się od jednej uwolniłem, a druga mnie w te same mańkę trajkotać będzie.
- Tak, tak Ciociu, to prawda - Czocher głosem swego pana dzielnie honory domu wypełnia. Palcem przy okazji w czoło się puka drugą zaś łapą obuchem w łeb wali durnia jednego.
- To zdrowiej mi Filuś, boś ty dla nas rodzynek jeden, najmłodszy, a taki szkrab był fajny z ciebie, ja to pamiętam, jakeś do nas na Targową przychodził i tak mówiłeś "ciociu ciociu, a dlaczego u ciebie jak się tu przechodzi to tak się spadywuje"a tam podłoga, była taka nierówna i tak ci się synku grawitacja wtedy objawiła.
- Dwieście pięćdziesiąty siódmy raz to mówi.
- Tak tak Ciociu, pamiętam. Ciocia mi bajki na dobranoc czytała i poprawiała moje błędy językowe.
- Czepiała się mnie wiecznie! To powiedz!- Filo ze złością chce małpie słuchawkę wyrwać i banana wcisnąć zamiast. Ten go odpycha, łapą swą gorylą i do cioci ciepłym głosem rzecze;
- Dzięki Cioci się poprawnie mówić nauczyłem. Ciocia mnie zawsze tak mądrze zasad gramatyki uczyła. Nigdy tego nie zapomnę.To głównie Cioci tę poprawność językową zawdzięczam.
- Ach Filuś. Ty to komplemenciarz taki być czasem potrafisz, ta Twoja Dominika to musi być Tobą zachwycona.
- Akurat - Czocher jedną łapą telefon przykrywa. A do Filosa małpią minę stroi.
- To sto lat Ci życzę, siostrzeńcu mój i żeby ci się spełniło co tam sobie wymarzysz. Żebyś w szczęściu z tą swoją gołąbeczką siwych lat dożył, żebyście sobie mogli wieczorami nawzajem herbatkę podawać.
- Żeby tak nie gadała na okrągło, to może byśmy i jeszcze z rok z sobą pobyli, a że jej się język jak dziadowski bicz rozpuścił, to...
- Cicho durniu jeden! Po co się nakręcasz! - Czocher Filona strofuje i do słuchawki podziękowania za niego składa.
- Dziękuję, Ciociu. Dziękuję. Do widzenia i dużo zdrówka, dla Cioci również. Do widzenia kochana, pa, całuski.
- Widzisz durniu! Tak się to robi! I dobro samo się uruchamia. I kosmos działa. I żyć się chce i oddychać pełną piersią.
- A coś ty się taki Feng Shui zrobił? Pogięło Cię?

Drugi telefon ich kłótnie przerwał.

- Tak. Słucham. Dzięki. Coś jeszcze?
- No bracie, co ty taki nie w sosie jesteś. Wszystkiego najlepszego. Słyszysz, zdrówka dużo i pieniędzy, żebyś z tych długów jakoś w końcu wyszedł. Po cholerę ty sobie te implanty wstawiałeś? Kto ci to kazał. Patrz ja sobie zęby za tysiąc pięćset zrobiłam i żyje...
- Ale ty nie wystawiasz ich na widok publiczny.
- No tak masz rację. Ale to, żebyś jakąś rolę jeszcze gdzieś dostał i w serialu daj boże zagrał...Siódme niebo, albo coś...
- Siedem nieszczęść chyba.
- Dobra, bracie, lecę bo do roboty dziś idę, dorobić sobie do emerytury muszę. A bracie, byłabym zapomniała, podnieśli mi emeryturę. Trzy miesiące do nich chodziłam i się wykłócałam, bo mi mówili, że się nie należy, ale ja do nich chodziłam, pisałam i walczyłam bo mi się należy, za trzydzieści pięć lat pracy w służbie zdrowia. W końcu dobrą pielęgniarką byłam.
- No dobra i o ile ci tą emeryturę podnieśli.
- O 5,30 ale dobre i to. Dobra bracie, lecę bo się do roboty spóźnię. Pa.
  Trzeci telefon o uwagę się prosi. Ponieważ ten poprzedni, go w miarę rozbawił, to i głos się naszemu bohaterowi nieco zmienił.
- Cześć Sławek miło, że dzwonisz.
- Nie łam się stary, tego ci życzę. A jak tam z Dominiką dogadaliście się.
- Jest światełko w tunelu. Wczoraj byłem u niej, rzeczy wszystkie swoje elegancko spakowane dostałem. Herbatę wypiłem. Miałem takie poczucie, że nie wszystko skończone, w końcu dla nas w tym wieku, takie rozstanie, to nie jest najlepsze wyjście. Po prostu czasu sobie trochę dać musimy. Ona zresztą też mi w esemesie napisała, że tak naprawdę - kurde co za wtręt językowy - tak naprawdę - nie znoszę tego, ale sorry, widzisz od wątku uciekam, zupełnie jak ona. Wiem, że mamy tę samą przypadłość i oboje potrafimy godzinami monologować, ale wiesz, żeby ona jeszcze tak wiedziała kiedy kropkę postawić.
- Tak jak ty - Czocher się w słowo mądrale wpycha.
- Dobra, racja, jestem gaduła, wiem. w każdym razie, wiesz. jest szansa, że dobrze będzie.
- No to tak trzymaj. I miłego dnia życzę, a jak zdrówko?
- A lepiej. Stres mnie chyba dopadł, i gorączka w nocy złapała, ból taki w krzyżu poczułem, jak by mnie ktoś bejzbolem po plecach zdzielił. Ale nawet mi dobrze było. I nawet sobie, pomyślałem, że może czas już. A tu patrz pan rano jak ręką odjął.
- No widzisz brachu, taki frajer z ciebie, tak blisko byłeś i się wywinąłeś, ech...szkoda słów na ciebie. Pejczyk i kajdanki masz u mnie w prezencie i sznur do szubienicy w zestawie. Gratis.
Korespondencja
Witam,

w nawiązaniu do rozmowy telefonicznej, jaka przeprowadził Pan z naszą konsultantką, chciałbym przedstawić Panu dwie propozycje oferty indywidualnej dla serwera o nazwie 'filostrados'.

W pierwszym wariancie oferty, chciałbym zaproponować opłacenie serwera na okres 16 miesięcy w cenie 12 miesięcy, a więc w kwocie 369 zł brutto. Dzięki temu zaoszczędzi Pan 123 zł brutto.

Druga propozycja jest związana z upustem cenowym w wysokości 23 %, zmniejszy on opłatę za roczny abonament serwera do 284,13 zł brutto.

Dodatkowo proponuje 1 miesiąc gratis ważności serwera przy opłaceniu usługi w ramach wybranego wariantu oferty w ciągu najbliższych 2 dni, czyli do 26.01.2012 roku.

Proszę o szybka odpowiedz, który wariant Pan wybiera, abym mógł doliczyć wspomniany miesiąc gratis.

W razie pojawienia się pytań lub wątpliwości pozostajemy do dyspozycji.

Witam serdecznie

Dziękuję bardzo za propozycję, jest ona dla mnie bardzo cenna, nie mniej jednak tak jak wspomniałem w rozmowie telefonicznej, w związku ze spadkiem jena na taiwańskiej giełdzie papierów wartościowych, a także upadkiem wartości w społeczeństwach szybko rozwijających się, gwałtownym wzrostem rozwodów, narastającą frustracją społeczną, a także lękiem przed eksmisją spowodowaną brakiem środków na opłacenie czynszu na razie nie mogę skorzystać z państwa propozycji.

Serdecznie pozdrawiam.

Dziękuje za odpowiedź.

W nawiazaniu do otrzymanej informacji o Pana decyzji pragnę dodać, iż konto zostanie zamknięte zgodnie z upływem jego terminu ważności.

Gdyby w przyszłości był Pan zainteresowany korzystaniem z usług hostingowych serwerek.pl, serdecznie zapraszam do ponownej rejestracji na naszej stronie: http://serwerek.pl .

Dziękujemy za dotychczasowa współprace.
sobota, 21 stycznia 2012
Korporacja cz II
- Dzień dobry panu, moje nazwisko Filo Filostrados jestem przedstawicielem grupy kapitałowej "Abrkadabra", czy mogę zająć panu chwilkę? - Filo zrobił pauzę i poczuł zimny pot na skroniach. Miał wrażenie, że oczy wszystkich są skierowane na niego, a każdy najdrobniejszy błąd jaki popełnił jest automatycznie rejestrowany w komputerze Wielkiego Agenta, który zaraz po sesji rozliczy go, obciążając i pogrążając finansowo. Spodziewał się reakcji, którą sam stosuje wobec tego typu natrętów, tymczasem zdziwił się gdy usłyszał w słuchawce;
- Tak, słucham pana? 
Filo przełknął ślinę i zaczął zdenerwowanym i niepewnym głosem:
- Proszę pana, ja w firmie zajmuję się takimi tematami jak - zerknął ukradkiem na kartkę - zabezpieczenie finansowe rodziny na wypadek śmierci, ochrona zdrowia, ewentualnie jakimiś przyjemniejszymi rzeczami, jak gromadzenie oszczędności na przyszłą emeryturę. - zrobił pauzę i czekał na reakcję. 
- Wie pan, ja właściwie emeryturę już mam, ubezpieczać się nie muszę, bo kto wie ile mi jeszcze tego życia zostało? Tak, że wie pan, właściwie to szkoda pańskiego czasu.
  Filo sięgnął do pokładów swojej wyobraźni, na szkoleniu uczono go zbijania obiekcji, wyciągnął więc asa z rękawa.
- Zarówno czas jak i nasi klienci są dla nas tak samo cenne, więc może jednak warto przyjrzeć się pana sytuacji i pomyśleć o zabezpieczeniu rodziny.
- Ha, ha, ha - dziadunio prychnął zdrowym śmiechem - ja tam sam panie jak kolek na tym świecie żyje, na co mnie tam, panie się ubezpieczać na starość jeszcze.
  "No tak, racja" - kombinuje Filo w swej głowie - "Kokosów to ja na tobie nie zbije" - i myśli jak tu się tak delikatnie wymiksować.
- To w takim razie, dużo zdrówka życzę i oby tam pan jeszcze sobie gołąbeczkę jakąś do wspólnej herbatki przed telewizorkiem znalazł.
- Ech, wy tam w tych ubezpieczeniach, to niezłą gadanę macie.

  Filo kółko pierwsze na kartce smaruje, co by zgodnie z rytuałem statystyki prowadzić, a pod spodem, krotką adnotację - wartość dodana. Znaczy się miła rozmowa była i choć żadne spotkanie z niej nie wyniknie, to satysfakcja z niej jest niewątpliwa. Filo wdech kolejny bierze, po sali się rozgląda i na współtowarzyszy swej doli spod okularów zerka. Wszyscy słuchawki niczym oręż swą w rekach dzierżą i do walki o byt i przetrwanie w tym trudnym świecie dzielnie stają. Każden jeden z nich na prowizję bowiem skazany jest ciężką i  jak rolnik z hektara, tak on ze sprzedaży rozliczny jest miesięcznie. Co zarobi, tym dzieci swe nakarmi. Co wypracuje, z tego żyć będzie. A i orłem sprzedażowym stać się może i na pierwszym miejscu w  tabeli na korytarzu zawisnąć mu się uda. Takie bowiem reguły w tym twardym świecie biznesu panują i praw ekonomi od czasów kapitalizmu nikomu zmienić się jeszcze nie udało. A ci co w utopię wierzą, walkę klas i inne pierdoły niech, lepiej gęby na  kłódkę trzymają, bo to nikomu jak do tej pory na dobre nie wyszło.
  Tak też i Filo w kult mamony dać się wciągnął i w kredyty jak idiota dać się wpuścił i teraz mu na plecach oddech komorników dmucha. I tyrać w korporacji od rana do wieczora musi. Bowiem świat show biznesu o nim już zapomniał, pięć minut sławy szybko przeminęło i kalendarz imprez niczym zeszyt pierwszoklasisty, szlaczkiem ino drukowany.
- Dzień dobry panu. - Filo z odrętwienia się wyrywa i w głos koleżanki swojej zza biurka się wsłuchuje - Ilona Dobra-Gadka Finance się kłania, czy ja z panem Kociubrzyckim Ryszardem rozmawiam? - Milczenie sekundowe nad biurkiem się unosi, znaczy gość tembr głosu łyknął i ciekawością zionie.
- Czy mogę zająć panu chwilkę? - Ilona  Ryśka głosem czaruje i gadkę swą kontynuuje. - Nasza Firma wyłoniła właśnie pana spośród wszystkich mieszkańców Ząbek i chciała zaprosić na spotkanie, oczywiście na koszt firmy, w dogodnym dla pana terminie.
  "Kurde ja to nigdy takiej gadany mieć nie będę" - Dołuje się nasz niedoszły Robert de Świro i nieśmiało swą słuchawkę w dłoń ujmuje. Tymczasem Ilona Ryśkowi zawzięcie temat swój sprzedaje.
- ...Już panu mówię, panie Ryszardzie. Otóż ja w firmie zajmuję się takimi tematami jak zabezpieczenie zdrowia, ochrona finansów...- Ilona pauzę robi, Rysio jej pewnie w zdanie weszedł. - Niczego panu nie chcę sprzedać panie Ryszardzie. To pan decyduje o tym co jak i za ile, ja chcę się tylko z panem spotkać.
  Nie trzeba dodawać, że Ilona umawia dziennie trzy spotkania, wyniki sprzedażowe ma świetne i na tablicę na sam szczyt się pnie zaangażowana.
  Tymczasem Filo mięknie, rura mu pęka i na przerwę do pokoju socjalnego się udaje. A tam życie towarzyskie kwitnie. Tam dowcipy , kawały i plotki niczym w garderobie w teatrze dawniej atmosfera panowała.
- Kiedyś u nas była taka agentka - Sylwek starszy stażem agent anegdotę ku pokrzepieniu serc zebranym peroruje - strasznie się bała telefonów, bo to czasem niezłą zjebkę na dzień dobry dostać można. I tak jej szło trochę opornie. Aż któregoś dnia, dzwoni do gościa a ten jej w słuchawkę "Pierdol się" po chamsku rzuca. Wrażliwa dziewczyna była i do kibla szybko łzy wylewać poleciała. Kiedy już tam trochę ochłonęła, do telefonowni wraca, za biurkiem siada, słuchawkę podnosi. Oczy nas wszystkich na nią się kierują. A ta ten sam numer wybiera i do gościa gada "Już się pierdoliłam, czy teraz możemy się umówić?" I wniosek na polisę jeszcze tego samego dnia wypełniła.
cdn.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Zagadka
 
Oto zagadka, oto pytanie,
Drodzy panowie, oraz panie!
Co to za rzecz, co wszystko zmienia,
sama zaś nie podlega przemianie?

22:54, filostrados , sny
Link Komentarze (2) »
środa, 11 stycznia 2012
Korporacja
  Filo obudził się zanim włączyło się radio. Nastawione na samoczynne odpalanie zrywało go ostatnio codziennie o godzinie 6.30. „Pieprzone życie” – pomyślał jak zawsze i mimo niechęci zsunął się z łóżka. Nastawił kawę i poszedł do łazienki się ogolić. Ekspres do kawy zaczął syczeć gdy wcierał sobie w twarz krem przeciwzmarszkowy od Mikołaja. „Czy ja do cholery jestem choinką?” – droczył się sam z sobą patrząc sobie w oczy.
„Nie narzekaj” – gasił go Czocher – „ciesz się, że ktoś z tobą wytrzymuje”
„A ja to co? Też znoszę jej humory i histerie, czasem aż mnie przepona boli od brania spokojnych oddechów i liczenia do stu pięćdziesięciu.” – bronił się zaciekle.
„Pogadasz sobie o tym na terapii, teraz się lepiej pośpiesz, bo znów się spóźnisz na poranną odprawę”
   Filo przyjął z pokorą uwagę swojego przyjaciela, wychłeptał na prędce kawę, zapakował kanapki do aktówki i wyszedł ze swojej wieży. Wiatr smagnął go w policzek na dzień dobry. Z dumą nadstawił drugi i nakręcił swoją krasomówczą tyradę. „Tak, tak, chłostaj mnie życie moje, katuj mnie, męcz, dręcz i napierdalaj. Nie daj mi wytchnąć broń boże, i tylko taką mnie ścieżką poprowadź” – parodiował Rodowicz i inne gwiazdy rocka, popu i jazzu. Wtopił się w szarą masę ludzką, wcisnął do zatłoczonego autobusu. Wyciągnął powieść Grishama i zanurzył w kryminalnej intrydze.
    Korporacja, w której zaczął pracować miała swoje stałe punkty programu. Dzień zaczynał się od zebrania, na którym robiono wszystkim pranie mózgów. Marzena długonoga czarnulka z łabędzimi rzęsami i biustem Dolly Parton motywowała wszystkich do nadludzkiego wysiłku.
   - Musicie być naprawdę pewni tego co robicie” – zagrzewała agentów do specjalnych działań niczym trener swoich zawodników, przed wyjściem na boisko. Inaczej nie osiągnięcie tego co jest waszym celem.– długie pauzy podbudowywały napięcie a jej czarne ślepia wbijały się pojedynczo w każdego adepta ubezpieczeń.
   - Adam jaki jest Twój cel na ten miesiąc? – zaczepiła pierwszego z brzegu kandydata.
Trzydziestoletni mężczyzna w granatowym garniturze od armaniego poprawił się na obrotowym krzesełku i pewnym siebie głosem oznajmił;
- Mam zamiar sprzedać 8000 APE. Grudzień miałem dobry i Nowy Rok też tak chcę zacząć.
- Widzicie – szybko podchwyciła temat trenerka – to jest właściwa postawa! To jest godne naśladowania. To jest to, o co chodzi w tym wszystkim. „Mam zamiar”- powiedział Adam. Nie powiedział - Muszę. Nie położył nacisku na zbędne napinanie mięśni. Powiedział - Mam Zamiar. I ja mu wierzę .To nas nakręca i motywuje do działania. Do zwycięstwa! Adam  Mierzy siły na Zamiary. Kto to powiedział? Ty Filo pewnie będziesz wiedział bo jesteś aktorem. – Czarnula skierowała włócznie swojego spojrzenia w Filostradosa - My tu jesteśmy tylko małymi żuczkami, jeśli chodzi o sztukę, o tę prawdziwą wielką, przez duże S. My  tylko próbujemy artystycznie zarąbać pieniądze. Pomóc ludziom realizować marzenia, pasje.

  Filo słuchał tego monologu z zachwytem. Cieszył się w duchu, że ma darmowe miejsce w pierwszym rzędzie i gotowy skrypt do kolejnego opowiadania. Miał zamiar paść przed nią na kolana i z histerycznym uwielbieniem korporacyjnego bożka dopełnić rytuału.
„O! Tak! Tak, Pragnę ci wiernie służyć Firmo! Oddawać cześć i chwałę. Wielbić cię i wywyższać ponad wszystko. Tyś moją orędowniczką i pocieszycielką. Mamono dająca schronienie przed złem tego świata. Od nędzy, biedy i wykluczenia wybaw mnie Pani. Tobie oddaje swoją duszę.”

   Filo zręcznie ukrył swój sarkazm pod maską tajemniczego uśmiechu. Wiedział, że zapytanie Marzeny ma kontekst retoryczny. Czekał na dalszy ciąg jej monologu i ukradkiem ześlizgnął się wzorkiem na wielki zegar wiszący nad piramidą biurek.
   „Kuźwa, jeszcze pół godziny tego teatrzyku” – pomyślał i zmienił układ nóg. Spokojnie z dostojeństwem.
- Co mamy dziś Poniedziałek tak? – przerwała milczenie Marzena. – Będę mieć dziś z wami indywidualne spotkania. Bardzo was proszę zapisujecie się. – wyciągnęła kalendarz z aktówki i wzięła pióro do ręki. Po dokonaniu wpisów, wszyscy udali się na krótką przerwę na kawę, po której miała się zacząć „Godzina Mocy”
  
   Godzina Mocy, polegała na tym, że każdy miał do wykonani co najmniej trzydzieści telefonów i umówienia przynajmniej jednego spotkania z klientem. Bazę danych do telefonów, agenci opracowywali sobie sami i nikomu do tego, skąd brali kontakty. Filo wziął książkę telefoniczną, którą znalazł u siebie na klatce schodowej. „O! to chyba dla mnie! Od Mikołaja.” – zaszczebiotał w myślach z zachwytu i schował swoją nową biblię do aktówki.

- Świetny dałeś występ na spotkaniu opłatkowym – zaczepiła Filosa Marzena.
- Ach tak! Dziękuję – Filo grał skromnisia, choć miał ochotę wypalić z grubej rury – „Tak, Wiem. Tylko co z tego”.
- Myślę, że możesz sprawdzić się tym fachu. W końcu każde spotkanie z klientem to taki mały teatr.
- To prawda. I chyba dużo większe pieniądze?
- Jak się rzeczywiście przykładasz do tego zajęcia, to nie ma takiej siły żeby nie zarobić dużych pieniędzy – rzekła dobitnie Marzena a jej sekciarskie oczy zrobiły się nagle czerwone od przekonania. Zupełnie jak na amerykańskich filmach. Filo pokiwał ze zrozumieniem głową i zawadiacko spuentował
- No to do dzieła!
   Wziął kubek z kawą i wszedł do sali agentów do działań specjalnych. Kilka osób siedziało już przy swoich aparatach. Filo rozejrzał się nieśmiało po pokoju.
- Siadaj tu – zachęciła go Dorota. Młoda, szczupła, ładna. Nie odmówił. Usadowił się wygodnie na obrotowym krześle. Wyjął przybory do pisania, karteczkę z tekstem do recytacji. Czuł się trochę tak, jak gdyby był znów po raz pierwszy na scenie. Podniósł słuchawkę i …

                                                         Cdn.

22:17, filostrados , Opowiadania
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 stycznia 2012
Chwila Słabości
  Nie rozumiem siebie, nie rozumiem ludzi. Nie kumam czaczy. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. W tym zachwycie nad przemijaniem. W końcu wszystkich i tak nas kiedyś piach przykryje i już. Skąd w Człowieku ta zdolność do puszenia się.
  A zresztą, nie będę udawał mądrzejszego od Platona.
  Nachlałem się i jeszcze mi mało.
  Nie lubię siebie, taka jest prawda, nie znajduje w sobie nic godnego zachwytu. A wszystko przez bachora, a oto i anegdota;

kiedyś gdy byliśmy, na wczasach z byłą. piękna pogoda słońce góry, ja jeszcze wierzyłem, że coś z tego wyjdzie, po tych wszystkich moich zdradach, głupotach i pijaństwach.
I było tak pięknie, tak kurwa pięknie, że chciało mi się o tym powiedzieć, i powiedziałem to. A ten mój dzieciak, nastolatek wtedy, powiedział, bo ty to się tak kurwa wszystkim zachwycasz.

  teraz mi się już kurwa nie chce tym wszystkim zachwycać,
wszystko jest do dupy.
robię się coraz straszy. długi rosną jak jabłka na drzewach, krew się burzy, leki drożeją.

  Niech mi ktoś wreszcie strzeli w tył głowy.


00:07, filostrados , sny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2011
Najdłuższa Noc w Roku, a wraz z nią Natchnienie,
By choć Moc Słów wysłać i Życzeń Spełnienie.

Wszystkim Piszącym i Czytającym

Życzymy
13:24, filostrados , sny
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 listopada 2011
Spektakl, który nigdy nie będzie miał premiery.

   Pętla na szyi głównego bohatera zaciskała się. Paranoiczne myśli kłębiły się w jego głowie jak przed burzą.

   „Pozostała mi tylko Ciocia” – pomyślał Filo i błyskawicznie wykręcił numer.

- Halo! Ciocia?

- Tak Filuś, a co się stało? – Zapytała Ciocia matczynym głosem

- Nic ciociu, wszystko w porządku, tylko samochód mi się zepsuł i potrzebuje pieniędzy na naprawę.

- Dobrze kochany, przyjedź, ja ci pożyczę.

 

   Filo umówił się z ciocią i osiadł na krześle.

 

„Jak długo masz zamiar tak żyć?” – odezwał się jego wierny druh Czocher. - „Ciągle na czyjejś łasce”

„A co Ci do tego, nie narzekaj! Ciesz się, że cię jeszcze nie spaliłem!

„O! Patrzcie, jaki groźny. Już się ciebie boję. Nie zapominaj, że beze mnie jesteś nikim!”

„Myślałby kto?” – Odciął się Filo – „Nie zapominaj, że to ja ciebie stworzyłem”

 

   Filo zdał sobie sprawę, że należy przerwać ten dialog i przejść do działania, gdyż stres odzywał się w organizmie podwyższonym ciśnieniem.

„Umrę na udar” – pomyślał – „Szlag mnie trafi, ale zanim to nastąpi, pojadę do tego chorego chłopczyka” – Filo poszedł do lustra przyjrzeć się czy oznaki choroby psychicznej odmalowują się na jego twarzy.

„Nie jest źle” – stwierdził i puścił do siebie oko.

„ Też tak uważam” – przytaknął Czocher lekko zachrypłym głosem.

„Dlaczego oni nie dzwonią” – dalej podkręcał swoją paranoję.

„Co? Boisz się, że dzieciak umrze i nici z twojej szlachetnej misji” – Czocherowe podszepty nabierały diabelskiego odcienia.

„Weź przestań!”- obruszył się pierwszoroczny kursant zbawicieli świata.

 

   Filo wziął się do porządków w nadziei, że uwolni mu to głowę od natrętnych myśli. Włączył radio i wsłuchał się w płynące z niego melodie. „Znowu w życiu mi nie wyszło” – jak na ironię śpiewał Krzysztof Cugowski.

   Wreszcie zadzwonił telefon. Filo gwałtownie upuścił szklankę, która rozbiła się na podłodze.

„Cholera jasna” – zaklął.. Wytarł ręce w ręcznik i złapał nerwowo komórkę.

- Tak słucham. – zaczął spokojnym tonem.

- Witam tu Ola z Hospicjum. Może pan podać swój adres, to przyjedzie po pana nasz kierowca i pojedziecie do Tomka.

- Tak oczywiście.

   Filo uczynił jak go proszono. Szybko zebrał resztki szkła z parkietu i w błyskawicznym tempie rozpoczął swoje przygotowania. Przy goleniu przypomniał sobie czasy wojska, kiedy to, po ogłoszeniu alarmu mieli zaledwie dwie minuty na przygotowanie się do wymarszu. Był na tyle ostrożny aby na domiar nieszczęść nie zaciąć się. Wyciągnął świeże skarpetki z bieliźniarki i szybko naciągnął je na stopy. Założył spodnie i czarny golf.

„Psia krew, czarny strój nie będzie najodpowiedniejszy” – skonstatował po chwili.

Zaczął przymierzać wszystkie swoje koszule z szafy. Tak się złożyło, że większość z nich miała ciemną karnację. Pewnie ubierał się tak podświadomie aby uwidocznić swój pesymistyczny stosunek do świata. Przypominało to trochę hollywoodzkie kino.

Filo przeglądał się w lustrze a Czocher jak zwykle dworował sobie z niego.

- Ach ty narcyzie.

- To nie o narcyzm, chodzi o sceniczność. Muszę się przecież komponować jak ktoś z bajki. Dla dziecka to jest bardzo ważne.

- Tak. tak. Oczywiście. Dorabiaj sobie filozofię.

 

  W końcu, po wielu próbach udało mu się wybrać coś wesołego, w charakterze Chaplina. Wyszywana złotym haftem kamizelka dodawała mu uroku i tworzyła dość zabawną postać. Pozostało mu tylko spakować rzeczy do plecaka i czekać na kierowcę.

  „To będzie coś” – dodawał sobie animuszu pozytywnym myśleniem.

„Tak. Tak! – dworował sobie Czocher – „Uzdrowisz chore dziecko i staniesz się świętym”

„Daj spokój, przecież to nie o to chodzi”

„Nie, a o co?”

Głupie i retoryczne pytania zawsze pozostają bez odpowiedzi.

 

  W końcu przyjechał kierowca. Filo wystrzelił jak z procy. Zamknął za sobą drzwi na klucz i wyjechał na misję.

- Robert – przedstawił się pracownik hospicjum.

  Uścisnęli sobie dłonie i wsiedli do samochodu.

- Długo pan pracuje w teatrze? – zapytał Robert, ot tak żeby zagaić rozmowę. Skąd niby miał wiedzieć, że trafi na drażliwy temat.

- Tak się składa, że już tam nie pracuje – Filo starał się jak mógł aby uniknąć żalu w glosie – rozumiem, że namiar do mnie dostaliście z teatru.

- Tak. Ola tam zadzwoniła, dali nam numer do pana, więc pomyślałem, że…

- …rozumiem. – przerwał Filo i postanowił nadać swój ton tej rozmowie – cóż. Pracowałem, ale wie pan jak to jest. Przyszedł inny dyrektor i odtąd sam próbuję swoich sił w tej trudnej materii.

- Dzieci są chyba wdzięczną widownią.

- O tak! Dzieci nie oszukują. Mówią wprost co myślą i trzeba je lubić naprawdę, żeby móc z nimi pracować. Wiele lat zajęło mi to, żeby przestać traktować je jak ryby. Nauczyłem się słuchania i dzięki temu umiem nawiązać z nimi tak zwaną nić porozumienia. – wymądrzał się ojciec Wergiliusz.

- Aktorstwo to chyba ciężki, kawałek chleba? –Robert  nagabywał Filostradosa do zwierzeń

- O tak! tym bardziej, że tak naprawdę tylko nielicznym udaje się osiągnąć w tym zawodzie satysfakcję. Wie pan, kiedyś byłem na takiej konferencji psychologicznej w Poznaniu. Pewna pani psycholog podczas swojej prelekcji, prezentowała swoje wyniki badań. Okazuje się, że nie wielu jest aktorów, którzy osiągają jakiś wysoki poziom satysfakcji w tym zawodzie. Chodzi o to, że sława szybko przemija i pozostaje po niej głęboka pustka, którą jest bardzo trudno czymś wypełnić.

- Chyba jesteśmy w pobliżu. Włączę Hołowczyca, żeby nas doprowadził na miejsce.

   Robert ustawił namiary w GePeSie i czekał na dalsze wskazówki. Po paru skrętach w lewo, okazało się że jeżdżą w kółko.

„No widzisz, nie tylko ty masz problemy z trafieniem” – szepnął do ucha Czocher.

„Tak, ale on tak się nie denerwuje” – szeptem odpowiedział Filo.

   Robert zadzwonił do woluntariuszki, która naprowadziła go swoimi wskazówkami.

„Czarnego Lasu trzynaście” – Filo zauważył tabliczkę na drzwiach, przed dużym domem, gdzieś na obrzeżach Warszawy. „Cóż za niefartowny adres” – pomyślał i szybko wykasował tę myśl z głowy.

   Robert przywitał się z gospodynią.

- Hanna Talejko – przedstawiła się kobieta ciepłym uśmiechem.

- Filo.

- Jak się czuje Tomek? – zapytał Robert w sieni.

- A taki humorzasty jest dzisiaj.

„Oho, zaczynają się schody” – pomyślał Filo i znów musiał użyć gumki do wycierania głupich myśli. Zdjął kurtkę, rzucił okiem na kuchnię, która była połączona z pokojem dziecinnym. Wyjął Czochera i swoje rekwizyty z plecaka, tak aby w każdej chwili mógł z nich skorzystać.

- Zobacz kto do ciebie przyszedł – zagaiła młoda dziewczyna siedząca przy Tomku.

Chłopczyk schował twarz w dłoniach a potem nakrył się kołdrą.

  Filo wszedł do pokoju i zagaił swoją kukiełką;

- Cześć Kubuś.

- To nie jest Kubuś.

Standardowy dialog płynął im z ust jak woda z kranu.

  Chłopczyk wychylił się nagle spod kołdry i krzyknął w ich stronę

- Idź stąd!

„No tak” pomyślał Czocher „Masz prawdziwe zadanie przed sobą”

- Ok. Ok. – odezwał się Filo i szybko zniknął z pokoju. Fala gorąca zalała mu skronie, łysinę i oczodoły.

„Chyba tak szybko się nie poddasz!”- zachęcał go do walki Czocher.

- I po co mnie tu przyprowadziłeś – odezwał się futrzak, mówiłem Ci chodźmy najpierw do mcDonalda.

- Ale poczekaj tu tez jest przyjemnie. O popatrz jest zupka w talerzyku.

- Nie ruszaj – krzyknął Tomek z pokoju.

- Tomku, tak nie wolno! – dziewczyna próbowała swojej perswazji.

- Nie, nie Tomek na rację – ratował sytuację Filo – to nie nasz dom, nie możemy się gościć tak jak byśmy byli u siebie. Posiedzimy tu tylko chwile i zaraz sobie pójdziemy.

  W tym momencie Filo zrozumiał, że jedyną bronią, która w mu w tej sytuacji została jest jego głos. Usiadł na krześle i trzymając na kolanach Czochera zaczął budować dialog, bajkę słuchowisko, tak aby skłonić Tomka do słuchania. Wiedział, że jeśli uda mu się też skupić uwagę dorosłych, dziecko podąży śladem ich uważności.

   Zapadła krótka, lecz dość intensywna wagowo cisza.

- Ładnie tu – zagaił Czocher.

- I ciepło – powiedział Filo.

- I Cicho – dodała pacynka. Role były już rozdane, pozostało tylko kontynuować dialog.

- I nudno.

- To może się pobawimy?

- Sami?

- A z kim?

- Z Tomkiem.

- Ale on śpi.

- E tam. Tylko udaje.

- To sprawdź.

 

Wszyscy siedzieli już jak w teatrze a dwaj animatorzy dziecięcych zabaw panoszyli się po pokoju jak u siebie. Filo podstawił sobie krzesło pod drzwi, zdjął cicho buty i wspiął się na palcach na siedzenie. Wychylił lalkę ponad drzwiami, samemu pozostając w ukryciu

- Chyba śpi. Ma zamknięte oczy.

  Teraz z kolei Filo łypnął głową zza framugi i ukazał się obserwującej akcję dziewczynie.

- Nie chrapie.

- Nie słychać.

- To pewnie udaje.

- Może go połaskoczemy.

- Dobra. Ja spróbuję to zrobić swoim niezawodnym ogonkiem.

  Podjęli próbę przełamania lodów.

- Nie. Idzie stąd! – krzyknął gwałtownie chłopczyk a Filostrdos czmychnął gwałtownie do kuchni potykając się o krzesło.

- Dobra. Idziemy. – zareagował naburmuszony Filo.

- Czekaj zaraz! – powstrzymał go Czocher.- To, nie! Czy idźcie stąd? Bo już nie kumam czaczy.

- Nie idźcie – powiedział Tomek.

- To nie idziemy! – stanęli murem w drzwiach tak, że dziecięca zabawa w nie wiadomo o co chodzi trwała już na całego.

   Filo ciągnął temat, robiąc wszystko co w jego mocy. W miedzy czasie udało mu się złapać w locie przerażone obicie swojego lęku. Uświadomić fakt, ze ten pokój za jakiś czas wypełni się głuchą pustką. Że tli się w nim jeszcze cierpienie czteroletniego chłopca i że to, jest w tej chwili wszystkim co posiada.

   Bajka dobiegła końca. Robert pstryknął parę fotek do periodyku „Z życia hospicjum”.

 Filo pożegnał się z Mamą Tomka głaszcząc ją serdecznie po ramieniu. Ubrał się w swoją kurtkę twardziela i wyszedł na podwórko. Chłód smagnął jego rozgrzane policzki. Faceci wsiedli do samochodu.

Pierwszy odezwał się Robert.

- Przepraszam, że on tak pan przyjął…

- Ależ, skąd...- przerwał Filo - …nie ma za co przepraszać, przecież ten chłopiec ma całkowite prawo do swoich zachowań.

- Tomek ma cztery latka. Trzy i pół roku zmaga się z chorobą. Ma między nogami raka wielkości główki małego dziecka.

„Chyba nie ma właściwych słów, które by mogły coś sensownego powiedzieć w tej sytuacji” – pomyślał Filo i po chwili milczenia wrócili do rozmowy o samochodach, korkach, kryzysie finansowym i politykach, którzy zarabiają pieniądze na gadaniu głupot.

11:24, filostrados , sny
Link Komentarze (2) »
środa, 23 listopada 2011
Sprzęgło

 

   Filo usiadł na kanapie zrezygnowany. Włączył telewizor w nadziei, że uda mu się zawiesić wzrok i umysł na czymś co pozwoli mu wyciszyć emocje. Tymczasem nie wiedzieć jakim cudem, para małżonków w Klanie, kłóciła się dokładnie tak jak on z Dominiką.

    „Czy wszystkie dialogi męsko-damskie pisze ten sam scenarzysta? – Zapytał się retorycznie w myślach. „Co z tego, że do siebie mówią, skoro jedno drugiego nie może zrozumieć”

 

  W jego prywatnym życiu odgrywał się tego samego typu dramat. Dramat człowieka, który kompletnie nie może  znaleźć zrozumienia w otaczającej go rzeczywistości. A przecież wszystko wokół wydaje się takie proste. Stół, burko, komputer, lampka, kilka długopisów w pojemniku, aparat do mierzenia ciśnienia, notatnik na złote myśli, a w nim najnowsza maksyma – „był mocny w gębie dzięki temu, że miał wszystko w nosie.”

   Rzeczy naprawdę dzieją się – zanucił w myślach popularną piosenkę Anity Lipnickiej – To nie jest sen. Dodał efektowną wokalizę i odpłynął w swoją fantazję.

 

    Ranek zaczął się zwyczajnie i nic nie zapowiadało nadciągającej burzy. Po porannych ablucjach i płukaniu gardła, które dawało o sobie znać chrypką., zadzwonił telefon od mechanika.

- Tak słucham – odezwał się Filo w nadziei, że będzie to dzień samych dobrych wiadomości.

- Wygląda na to, że całe sprzęgło trzeba będzie wymienić. – powiedział mechanik.

- A zna pan jeszcze jakiś inny dowcip?

- No szczerze powiem, myślę, że pan jest w tej materii lepszy – odpowiedział stosownie do konwencji naprawiacz samochodów.

- To teraz niech mi pan powie ile to będzie kosztowało, biorąc pod uwagę, że mam słabe nerwy.

- Samo sprzęgło kosztuje tysiąc dwieście, więc z robocizną… - mechanik wziął czas na chwilę zastanowienia - …tak tysiąc sześćset.

   Filo poczuł ukłucie w okolicy mostka. Dopiero co wziął cztery tysiące z polisy na życie  "bezpieczna starość", której przy tego typu atrakcjach prawdopodobnie nie doczeka.

- A pan mi powie, co się stało, czy to ja mogłem zajeździć to sprzęgło, czy to jakaś jest mechaniczna przyczyna?

- Nie. Tak już jest po prostu, wie pan te kulki od łożyska się wyrobiły i już.

- No dobra, to rób pan a ja spróbuję jakoś te pieniądze skombinować.

 

   Filo odłożył komórkę na stolik i pogrążył się w czarnowidztwie.

 

„Czy ja do cholery już tak zawsze mieć będę?” – zadał sobie odwieczne pytanie.

„Na tym polega życie” -  usłyszał wszechobecny głos Dominiki”

„W dupie mam takie rady. Wiesz one po prostu nie skutkują, nie pomagają i nie przynoszą żadnej ulgi. I jeszcze jedno dodam! W takich momentach ma się najmniejszą ochotę na wysłuchiwanie dobrych rad. Kropka” – zaznaczył dobitnie.

 

   Zdenerwowanie uruchomiło w nim chęć działania. Usiadł przed komputerem otworzył arkusz kalkulacyjny z bazą miejskich przedszkoli i wykręcił pierwszy lepszy numer.

- Halo, tu pan Filo Filostrados, Patatajkopulos, czy z panią dyrektor mogę?

- Nie ma pani dyrektor, jest na zwolnieniu, czy coś przekazać?

- Nie, to ja zadzwonię w późniejszym terminie.

„Nie zrażajmy się trudnościami” – pomyślał i wykręcił następny.

- Halo, z panią dyrektor mogę prosić.

- Już łączę.

- Tak słucham.

- Proszę, pani dzwonię z taką ofertą, mam bardzo atrakcyjny program dla dzieci, zawierający elementy pantomimy o głębokich wartościach edukacyjnych, z piosenkami i muzyką na żywo, sam gram na rożnych instrumentach, występowałem w programie „Mam talent”…cena jest naprawdę niewielka…

- Tak rozumiem – przerywa dyrektorka – ale mamy już program teatrzyków dla dzieci na cały rok. – bip

„Fuck” – klnie Filo po angielsku i omal nie ciśnie komórką o ścianę. Przy drugiej odmowie klnie już po polsku. Przy trzeciej kopie zdrową nogą w miękką część kanapy. Przy czwartej krzyczy na całe gardło, nie zważając na chrypę i przeziębienie. Przy piątej sapie jak byk wentylując płuca co jeszcze bardziej go rozsierdza. Wstaje robi kilka pompek i mierzy sobie ciśnienie. Sto sześćdziesiąt na osiemdziesiąt siedem. „Dolne wporzo.” – myśli – a górne grozi wylewem tyko jak jest przekroczone dwieście trzydzieści. „Będę żył” – pociesza się. Muszę tylko jeszcze zadbać o jakość tego życia.

  Nagle wibracje komórki wprawiają go w drżenie. Nieznany mu numer wyświetla się na ekranie. „Chcą mnie” – myśli i myśli te jeszcze bardziej nakręca. „Event dla dorosłych za dziesięć tysięcy. Albo prowadzenie gali wręczenia Złotych Pawi dla najmniej znanych artystów. Pały Ekranu. Pośmiewiska Sezonu. Popłuczyny Popularności. Itp.

   - Halo – stara się nie spłoszyć potencjalnego klienta.

- Witam. Dzwonię z Fundacji warszawskie hospicjum dziecięce. – odzywa się ciepły głos w słuchawce – mamy pod opieką pięcioletniego chłopczyka, jego dni są policzone i może nawet nie dożyć niedzieli, czy mógłby pan przyjechać ze swoim Czocherem, on tak bardzo lubi pacynki – zachęca woluntariuszka.

- Tak, oczywiście, bardzo chętnie, tylko ja wie pani mam chore gardło i wiem, że…ponieważ, sam odwiedzałem, szpitale i oddziały onkologiczne… – Filo zdaje sobie sprawę ze swojego zaplątania w tym wszystkim.

- Rozumiem, jak najbardziej, ale wie pan on jest w stanie terminalnym.

- Dobrze. Oczywiście. Jestem gotowy do tej akcji.  – Filo zdecydowanie podejmuje decyzję.

- Dziękujemy bardzo. Zadzwonię do pana jak tylko ustalimy szczegóły.

 

 Kilk. Cięcie. Czas na coś słodkiego. Albo seks. Podobno w dobrym seksie nie myśli się o śmierci. Tylko skąd tu teraz ten dobry seks wykombinować?  Taki bez zobowiązań jeszcze. Żeby w zestawie wraz z nim w grę nie wchodziło, zarabianie pieniędzy, comiesięczne wpłaty na spłatę kredytu za dom z basenem. Wyjazdy do Turcji, na Maltę i Santorini. Żeby tak można było zasnąć od razu po nim, jak w monologu Hamleta, przeciąć morze cierpień, duszy ranionej troskami roli w teatrze dnia codziennego.

 

  - Halo! Jesteś tam kochanie – Filo zadzwonił do Dominiki chcąc się pocieszyć namiastką bliskości.

- Tak jestem, co się stało? Jak spałeś? A gardło jak? Boli jeszcze czy doskwiera raczej? Może dokucza, kłuje lub drapie nieprzychylne. Brałeś Apap, wiesz on jest łagodny dla żołądka.

- Brałem żołądkową gorzką. Sprawdza się idealnie.

- Ach ty mój żartownisiu.

- Ach ty moja gadułko. Słuchaj jest problem – Filo przeszedł do konkretów – sprzęgło w aucie poszło naprawa będzie kosztować około tysiąc sześćset złotych.

- Och mój boże, to straszne. Przykro mi kochanie, to musi cię ogromnie boleć.

- Nie, łaskocze mnie tylko twardziel jestem dam radę. Pokonam każdy ból. – Filo śpiewa do słuchawki.

- Ech ty wariacie jeden. Ale jak to się stało? Coś ty zrobił?

- No tak…zaraz ja! – Filo upodobnił się do przysłowiowego rzepa, włożył kij w mrowisko i teraz będzie w ten kij dmuchał.

- Oj przestań się denerwować, to normalne, że się dopytuje – broniła swego stanowiska Dominika.

- Tak, owszem, ale źle formułujesz pytania! Dlaczego dodajesz „coś ty zrobił?” zamiast na jak to się stało poprzestać – nakręcał się na piosenkę Panasiewicza „W siódmym niebie nienawiści”

- Boże, daj spokój…nie czepiaj się tak. Kończyłam kursy asertywności i tam się nauczyłam, że słowa nie mają większego znaczenia tylko energia, która za nimi stoi.

- A ja kończyłem kurs porozumienia bez przemocy i tam mi z kolei mówili, że za słowami, kryją się emocje i to one najbardziej ranią i bolą, bo pytanie coś ty zrobił jest skierowane do mnie, do konkretnej osoby, którą jestem ja, mnie to boli i wkurwia, że mnie się wini za zaistniałą sytuację, podczas gdy rzeczy po prostu dzieją się, jak śpiewała pewna wokalistka.

- Dobrze już daj spokój. Nic ci powiedzieć nie można.

- Dobrze dziękuję.

 

   Z korzyścią dla nich samych i zakończenia tej sceny rozłączyli się, pozostając każde w swoim świecie. W swoich racjach, przekonaniach opiniach i poglądach. W swoich fantazjach i marzeniach i planach na przyszłość i w swojej kropce.

piątek, 18 listopada 2011
Nowa Rola
    Filo siedział przed monitorem w pozycji Chrystusa Zrozpaczonego. Różne szkoły mistrzów jogi nauczały pozycji wszelakich, wymagających gibkości i elastyczności ciała,  aby można było od czasu do czasu podłubać sobie w nosie, środkowym placem lewej stopy, lub też postawić włosy na głowie bez używania żelu, bądź też zrelaksować się w pozycji pingwina na dziesięciostopniowym mrozie, czekając na przyjazd spóźnionego pociągu i słuchając narzekania mniej wyrozumiałej części społeczeństwa. Zawsze jednak mimo śmiesznych nazw jakimi się je określało, służyły zjednoczeniu ciała i umysłu, harmonii z kosmosem, wyciszeniu i wewnętrznemu spokojowi, tak, by oddalić napady paniki, nawet wobec wizji nadciągającego z nakazem eksmisji komornika. Jednak pozycja, którą Filo na prędce zaimprowizował, z łokciami opartymi o blat biurka, palcami obu rąk masując równomiernie okolice zakoli i kępki włosów na czubku, tą panikę jedynie potęgowała. Przy tym bardzo ważnym elementem w tej pozycji, był okrągły ruch kciuków rozmasowujący zaciskającą się szczękę, aby nie dopuścić do całkowitego się jej zakleszczenia. Oczy w tej pozycji miał Filo jak najmocniej napięte, jak gdyby wysiłkiem woli, chciał zmusić je do wyłupiastego wyrazu i opuszczenia orbit. Przy tym dla pełnego efektu, zamiast ewangelicznego cytatu „Ojcze oddal ten kielich ode mnie” użył sformułowania bardziej swojskiego „Kurwa, co ja najlepszego narobiłem”.

   Tak więc siedział sobie nasz mały Filostradosek w tej pozycji przed monitorkiem, licząc na cud jakiś. Bonus. Dodatkową aplikację od operatora netu, który w pakiecie razem z zestawem filmów i gier oferował także anulowanie zaciągniętych kredytów. Jak do tej pory nie robiły na nim wrażenia teksty kobiet, które sukcesywnie go porzucały trzaskając drzwiami na pożegnanie. „Dorośnij Chłopie” „Obudź się” „Na jakim ty świecie żyjesz chłoptasiu” Zawsze potrafił się im sprytnie odciąć wyrwaną z kontekstu ripostą pasterskiego szamana, że przecież nie można dwóm panom służyć i on za jego przykładem Bogu służyć postanowił.

    „To może byś tak temu bogu, chociaż jakiś kościółek postawił, abym mogła przed celebracją nogi ci chociaż wymyć, bo wdowim groszem śmierdzą”.

    „Pomyślę o tym” – odpowiadał Filo i myślał tak, aż słychać było jak mu broda rośnie.

     Tym razem jednak nie myśleć, ale działać trzeba było, bo sytuacja tegoż od niego wymagać zaczęła.

 

- Dzwoń gdzieś! Roboty Szukaj! – ponaglał go Czocher - bo ja też chcę jeszcze na twym ramieniu dzieci bawić i mamuśkom w dekolty zaglądać.

- Ale jak? gdzie? – histeryzował jego pan.

- Gdziekolwiek! Wertuj strony tego pudła zamiast gały w nie wlepiać!

 

   I myk mu pod nos stronkę, jedna drugą podtyka, co by go z odrętwienia zbudzić i do działania nakłonić.

 

  Filo patrzy, czyta, kombinuje trochę i numer do agencji ubezpieczeniowej w komórkensa swojego wbija. Lat temu sporo, bo i żyje już na tym świecie trochę, miał przyjaciela, który go do zakupu polisy na ubezpieczenie życia nakłonił. „Taka polisa dobra rzecz” – Filo wtedy pomyślał i się do produktu zapalił, a jego życie cenniejszym się stało.

- Halo czy pani mnie jeszcze pamięta? – odezwał się do słuchawki.

- Ależ oczywiście, pamiętam – odpowiedziała agentka – co się stało?

- A życie mnie pani tak do muru przycisnęło, że podebrać trochę z tej kupki muszę.

- A wiele pan potrzebujesz?

- To już jakoś na miejscu ustalimy.

  Umówili się zatem na spotkanie biznesowe, po którym się lżej na duszy Filoskowi zrobiło. Przy tym sam coś niecoś kombinować zaczął, co by tu sobie czasem dodatkowej roboty nie znaleźć. I tak jakoś na inną ubezpieczalnię trafił i do grupy kapitałowej ING zadzwonił. Było jak w reklamie; przyjechali, uśmiechali się i do siebie na spotkanie zaprosili;

- Na ósmą trzydzieści w środę może być?

„Matko święta o szóstej wstać będę musiał” – pomyślał Filo ale go Czocher ogonkiem po dupsku smagnął.

- Tak, oczywiście – grzecznie odpowiedział.

 

  O wszystkim oczywiście Dominice się zwierzył, za co buziakiem słodkim obdarzony został.

- Ach ty mój agencie! Będziesz bogaty i zarobisz kupę kasy i futro mi kupisz?

- Tak. Dwa od razu. Nie wiadomo jeszcze czy mnie w ogóle przyjmą – odpowiedział jak na rasowego pesymistę przystało – a w ogóle to ja się do tego nie nadaję.

- Nadajesz się. Uda ci się na pewno – droczyła się z nim luba, co by żądzę pieniądza w nim wzbudzić i nie tylko.

- Na pewno mi się uda. – jojczył rozkapryszony chłoptaś  -  Tak jak na tych wszystkich castingach się udawało. Tyle lat latałem, naczekałem się w tych wszystkich studiach obskurnych, nawystawałem się w tych poczekalniach i tych ankiet nawypełniałem tyle, że co najmniej  tuzin rolek papieru toaletowego bym za nie dostał  w skupie makulatury. I co? Nic. Nul. Zero. Zero procent i zero groszy jak przy prowizji kredytu w mini ratce, co ją teraz Majewski za trzy balony reklamuje. A to wszystko zdzierstwo jest i oszustwo i takich idiotów jak ja co się na to nabrać dają jest całe multum, bo szeroka jest droga, która na zatracenia prowadzi, stado baranów jednych, co się jak króliki rozmnażają, osły cmentarne.

- Osły cmentarne? - Dominika oczy w słup postawiła.

- Kozły Ofiarne, chciałem powiedzieć.

 

  I tak sobie tę grę wstępną umilili, co by Filo zasnąć mógł i na spotkanie z menagerką od spraw wcieleń się nie spóźnił.

 

  Rano wstał jak skowronek i na spotkanie się punktualnie zjawił. A co się przy okazji w tej jego głowie działo, to szkoda gadać, bo by znowu jakieś grafomaństwo z tego powstało. Jakieś takie w stylu Joysa, pewnie by powstało, albo Ulissesa, Alcybiadesa i tym podobnych, Homerów, Balzaków, Stachurów, Stasiuków, Pilchów i innych skrybów co to po nocach przy świeczce z piórem w ręku dawniej a dziś przed komputerem ślęczą i z literek historyjki obrazkowe tworzą, ku uciesze własnej i ku pamięci potomnych.

  

- Dzień dobry panu – pięknie się z nim sekretarka przywitała – pani Joanna zaraz do pana przyjdzie.

 

  Filo usiadł grzecznie i na Joaśkę na krześle na siedząco czekał. Ta gdy przyszła do pokoju zwierzeń go raczyć prosiła i ankietę do wypełnienia dała. Sama zaś oddaliła się na stronę co by mu na swobodę twórczą przestrzeń ofiarować.

  Filo jął literkami kratki wypełniać. Imię Matki wpisał, ojca także, a przy tym się zastanawiał czy by tak z rozpędu i teściowej nie dodać, albo szwagra i dzieci jego ze strony przyrodniego brata, co to ich raz na komunii syna widział, ale dobrze zapamiętał, bo też komuś do głowy przyszło Melasą – córkę nazywać.

 

   Przy kwestionariuszu kariery osobistej, przyszło mu się trochę z mózgiem boksować, bo nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkał. I na pytanie, ile chciałby zarabiać, o mało co sumy wszystkich swoich długów nie wpisał, ale pomyślał, że to może za dużo na początek i w końcu tylko sumę rat miesięcznych zanotował. Przy wyliczaniu swoich mocnych stron puścił wodze fantazji i urok osobisty na pięć dodatkowych punktów rozpisał. Wdzięk, czar, piękne oczy i komunikatywność do jednego worka wrzucił. Szybkie zdobywanie panienek i kreatywność – po namyśle dodał, bo to w pracy agenta, rzecz podstawowa przecież. Przy swych słabych stronach, zamyślił się. Do pesymizmu przyznać się nie powinien i inaczej rzecz ująć zamierzył. Po głębszej analizie swej osobowości skrobnął tak – niezdolność do postrzegania rzeczywistości w jasnych barwach, oraz narzekactwo i niechcemisiejstwo. Zaznaczył podkreśleniem zdanie o niezależności finansowej a potem, co by tak paradoksem polecieć wziął w ramkę następne o stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa, bo w gruncie rzeczy o wikt i opierunek mu tak naprawdę chodzi a nie o jakieś gruszki na wierzbie, czy tam śliwki na sośnie. W końcu przyszła Asia, by sobie tak mogli w cztery oczy pogadać.

 

- Panie Filo – zaczęła specjalistka od zasobów ludzkich – ponieważ my tu coś już o panu wiemy, niech pan tak szczerze powie, czego pan od nas oczekuje?

„Ożesz w mordę” – pomyślał Filo i myśl tę skrzętnie pod czaszęcją ukrył. Po czym po aktorsku do tematu podszedł.

 

- Widzi pani, tak się składa, że moja praca, o której pani już „coś wie”, podobna jest trochę do pracy rolnika, kiedy to się kosi wszystko, jak w czasie żniw, są też w niej okresy przestojów, które można spożytkować na coś innego.

- Tak rozumiem doskonale, a proszę mi powiedzieć co pana skłoniło do tego aby przyjść właśnie do nas?

Tu Filo zamyślił się nad odpowiedzią i w krótkim czasie speech sobie przygotował.

- Wie pani moja wiedza ekonomiczna sprowadza się do prostego sformułowania „Wiem, że są pieniądze” - Asia uśmiechnęła się kupując dowcip i widząc w nim dobrego kandydata na agenta. – I bardzo chciałbym tę wiedzę rozszerzyć, poznać tajniki zarabiana dużych pieniędzy, a przy okazji powiem wprost, wiem w jakiej rzeczywistości żyjemy i uważam, że jeśli sami nie zadbamy o swoją przyszłość, to żadne państwo nam tego nie zagwarantuje.

   „To się nadaje do reklamy” – pomyślał i postawił kropkę. Po takim postawieniu sprawy, więcej nie było sensu gadać.

- Wie pan, że praca ta głównie polega na pozyskiwaniu klientów. – powiedziała Joanna przechodząc do następnego punktu spotkania. – i że na rynku jest oczywiście spora konkurencja?

- Tak wiem. Doskonale to rozumiem i mam nawet swoją teorię na ten temat. Mianowicie  uważam, że podobnie jak w związkach międzyludzkich najważniejsza jest relacja. Łatwo jest kogoś oczarować pięknymi oczami i stworzyć namiastkę związku, trudniej jest go pielęgnować i utrzymać, sprawiając by przerodził się w coś trwałego.

- Oczywiście, trzeba te piękne oczy mieć – stwierdziła pewnym siebie tonem.

- Pani je ma bez wątpienia.

  Nic tak nie ujmuje kobiety jak w porę wypowiedziany komplement.

- Dobrze, jeśli o mnie chodzi to już wszystko ja tylko jeszcze umówię pana na spotkanie z dyrektorem i prosiłabym jeszcze o podesłanie nam swojego CV.

- Tak oczywiście – potaknął Filo.

 

Rączki. Płaszczyk. A nie tak szybko przepraszam. Filo wychodząc miał poczucie człowieka docenionego.

 

 

   „Ha”– myślał Filo będąc już na ulicy – „Teraz zacznę nowe życie. Nową sobie role na tej scenie odegram. Dość już tego nieudacznictwa mojego, tego narzekania i jęczenia. Nowe mi zadanie los wytycza i ode mnie tylko zależy czy mu sprostam”

    Tak się nakręcił chłopina pozytywnie co mu się oczywiście raz na miesiąc zdarza. Ach żeby tak jeszcze doniósł tak tę swoją euforię do domu. Niestety już przy pisaniu CV się zaczęło.

- Ale co ja mam w nim napisać? – Czochera się frajerek podpytać postanowił.

- No to co się pisze w CV. Wykształcenie, umiejętności, sukcesy.

- Ale przecież…czym ja się mam pochwalić, że kredkę w plastusiowym pamiętniku zagrałem. Że kalafiorem przed supermarketem byłem…żebym tak chociaż brokuł w reklamie biedronki zagrał.

- Weź ty sobie lepiej kogel-mogel z mózgu zrób.

- A żebyś wiedział...bo to wszystko dlatego, że mnie tatuś w dzieciństwie ubijakiem do jajek naparzał. 

- Za lekko. wiesz. Zdecydowanie za lekko.  Tak ci powiem. I do roboty się bierz!

 

I się Filo wziął.  I pierwsze swoje CV w życiu napisał.

 

 

piątek, 11 listopada 2011
Walka w kisielu cz II

Filo zdecydowanie ruszył w stronę wyjścia.

 

- Jestem z siebie dumna, ale wiesz miałeś rację…ja znam ten typ…ona zrobi wszystko żeby cię zniszczyć. I teraz bardzo się tego boję, bo to jest trochę jak z gorzkich godów…wy oboje mieliście dobry sex…to widać…ale nie stworzyliście związku, bo zabrakło wam duchowej miłości…agape…

 

Filo żałował, że nie jest Michałem Wiśniewskim. Taka scena spokojne by się odznaczyła w jakimś tabloidzie. Tymczasem monolog Dominiki wrzynał się w jego pamięć, tak by mógł się przynajmniej znaleźć na blogu.

 

- …nie wiem co się teraz stanie. Jak ja to wszystko zniosę, bo ty pewnie znów zaczniesz do niej tęsknić…rozpamiętywać to co was łączyło…ten sex…który ze mną już jest inny…zważywszy to, że ja mam cellulitis i jestem po menopauzie…

 

- Ależ kochanie, daj spokój…przecież masz większe cycki.

 

- …wiesz nie skomentuje tego…powinieneś dostać w twarz…znów chłopiec z ciebie wyszedł…w ten sposób nigdy nie staniesz się mężczyzną? Ale ja ciebie katować nie będę. Twoja była pewnie by tak zrobiła. Podobało się wam to sado-macho. Ale to nie jest miłość. Owszem jest to jakaś część namiętności i dlatego takie związki się rozpadają, albo mają tragiczne zakończenie. Ale ja ciebie kocham takiego jaki jesteś i uczę się tego twojego głupiego poczucia humoru. Bo chcę być z tobą, rozumiesz?

 

Filo spuścił uszy po sobie  poczuł się głupio. W tej sytuacji nawet słowo przepraszam nie brzmiało by dobrze.

 

- Co ja mam teraz zrobić? Muszę o tym porozmawiać na terapii, bo przecież sama mogę nie znaleźć w sobie tyle siły by walczyć z takim potworem. Tym bardziej, że ty kochasz tego potwora…

 

Filo chciał zgłosić sprzeciw, ale wysoki sąd i tak nie udzieliłby mu głosu.

- Będę mówiła jeszcze trzy minuty i się uspokoję. – zapewniła Dominika. Mówiła piętnaście, ale Filo zdążył się przyzwyczaić. Nauczył się nastrajać wewnętrznie tak, że sprawiał wrażenia super słuchacza.

 

  Po wejściu do domu pierwszą czynnością, którą Filo zawsze wykonuje jest wyrzucenie śmieci. To jego męski obowiązek, którego żeńskim odpowiednikiem jest zamykanie klapy od sedesu w łazience. Cóż, życie składa się z drobiazgów, które z czasem piętrząc się tworzą szczyty nie do zdobycia.

 

  Potem nastąpiło wspólne przygotowanie posiłku i rodzinny obiad z Markiem. Podczas rozmowy temat podświadomości, greckich bogów i psychoanalizy był zręcznie ominięty. Zajęto się sprawami państwa, stanem polskiej gospodarki i budową metra. Filostrados poczuł się nasycony zarówno fizycznie jak i duchowo. Skonstatował, że przez dwadzieścia lat tamtego związku, nigdy przy stole nie panowała tak naturalna atmosfera. „Czyżbym zasłużył sobie na takie szczęście?” Zadał sobie w myślach pytanie lecz zamiast odpowiedzi usłyszał następne.

- Kto dziś podaje herbatę?

- Chyba teraz moja kolej – powiedział Marek i udał się do kuchni.

 

Chyba nie trzeba dodawać, że herbata smakowała znakomicie i aż żal było Markowi odchodzić od stołu, ale cóż… Przyjaciele z zespołu, w którym grał nie każą na siebie czekać.

 

  - Powiedz mi Filo – Dominika wróciła na Olimp gdy tylko zamknęły się za nim drzwi – bo ufam Twojej mądrości, co byś mi doradził? Jak ja mam się teraz zachować. Nabrać jak ty to mówisz dystansu? Ze spokojem przyglądać się temu jak się będziecie potajemnie spotykać? Jak będziesz szukał okazji, do tego, żeby znaleźć sposób, by zwabić ją do siebie. Bo chyba u ciebie jeszcze nie była co? A może już była, nie wiem…Bo ja ci powiem tak szczerze, jak trochę ochłonęłam, to teraz sobie myślę, że mogę odejść, mogę się usunąć…jeśli wam tak było dobrze z sobą. Nawet mogę pobłogosławić waszemu związkowi, niech wam się szczęści. Tylko wiesz co? – zawiesiła głos aktorsko dramatycznie, w końcu przebywanie z mistrzem wiele ją nauczyło – niech ona ciebie pokocha tak jak ja? Całego, a nie tylko twoje pieniądze, lub twojego chuja i bierze sobie z ciebie to, co jej jest w danym momencie potrzebne.

 

    Dramatyczny ton jej interpretacji zaczynał przybierać trochę niebezpieczną pozę i Filo już chciał wtrącić kilka swoich reżyserskich uwag, że może by tak trochę złamać tę postać i ująć to tragizowanie, a dodać więcej finezji, polotu. Bez napuszenia i zadęcia jako, że czasy Anny Polony już minęły i może by tak, trochę współcześnie, albo bardziej na wesoło,  kabaretowo i tą jak ona tam…Kołaczkowską np. polecieć, śmiejąc się ze swojej tuszy, tak jak on ze swoich sztucznych zębów. Tymczasem było już za późno, wielka improwizacja wcisnęła go w fotel a emocje Dominiki piekły żywym ogniem i nie wiadomo było co się od tego może jeszcze zapalić. Tym bardziej, że Filo, to taki trochę słomiany był w tym wszystkim.

 

- Bo ja się w tobie zakochałam Filo. I wiesz, że dla mnie to wszystko jest bardzo bolesne…dla mnie życie nie jest przygodą jak dla ciebie, jest podróżą w głąb nieznanego…nie można się z niego ot tak po porostu wycofać, zmienić kierunek i zamiast na Bornholm, to w Himalaje. Ja wiem dokąd chcę dojść…

 

- Chcesz dojść…to żaden problem – Filo zaatakował pigułą przaśnego humoru i strzelił do niej jak z procy, obłapując w pół i rzucając na dywan.

- Daj spokój dobrze. To nie pora na żarty.

 

   Filo pomógł jej wstać i otrzepał z kurzu spodnie. Pozwoliło mu to jednak przejąć inicjatywę i postanowił mówić.

 

- Wiesz ja myślę, że można do tego podejść drogą środka. Każdy ma swoje mocne i słabe strony.  Dobrze jest sobie z tego zdawać sprawę. Dzięki  temu można nie robić głupot w życiu, nie porywać się z motyką na słońce.

  Myślę też o swoim synu, w końcu jego dobro też mam na względzie. Mam takie przekonanie, że on potrzebuje…a może też by chciał widzieć, że my dorośli potrafimy się dogadać. Nie szarpiemy się tak o wszystko. Ja w każdym razie, w jego wieku, miałem tylko takie wzory, których nie chciałem powielać. Niestety nie udało mi się to. I dlatego wydaje mi się, że powinniśmy się wykazać jakąś dojrzałością. Może byłoby mu łatwiej, znaleźć pracę i jakieś poczucie sensu w tym świecie, gdyby widział, że ja i moja była, wiedząc, że nie jesteśmy już razem, przestaliśmy ze sobą walczyć.

 

- Wiesz Filo, ja myślę, że ty się mylisz, że nie masz racji. Bo ja czuję, że ty nadal chcesz z nią być, albo żyć w jakimś dziwnym układzie, że tobie to pasuje… - oczy Dominiki zamieniły się w włócznie. A jej gra przybrała wymiar horroru. - …i jeśli myślisz, że ja na to pozwolę…to jesteś w błędzie…

   Filo poniósł błagalnie wzrok do nieba.

- I nie żartuj sobie z tego, bo to jest nie do zniesienia, bo jest napisane w dezyderacie; nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. A ty nie rozumiesz co znaczy kochać. Dla Ciebie tylko seks jest najważniejszy. I jeśli myślisz, że ja ci pozwolę się z nią spotykać, to niedoczekanie twoje…bo ty się w końcu musisz określić, bo ja nie wytrzymam tego twojego rozdarcia.

- Tak jak ja nie wytrzymam twojego! – Filo odparował z grubej rury i poprosił o wsparcie z powietrza zwracając się do najwyższego

 

- Boże! – zaczął patetycznie – czy ja powiedziałem, że chcę się spotykać z byłą? – postawił pytanie i przeszedł do kontrnatarcia – Czy w tekście, który wygłosiłem w poprzednim akapicie, była jakaś wzmianka o tym? – powtórzył pytanie używając innej formy dla wzmocnienia efektu. – A może coś palnąłem między słowami. Ale o ile mi wiadomo nie! Ważyłem je wszystkie przed wypowiedzeniem pięciokrotnie i każde wykazywało się lekkością i lekkostrawnością i rozwagą - Tym razem on dał się porwać emocjom i pozwolił sobie na mały monolog.

 

- Przepraszam bardzo – podszedł do kamery, by puścić oko do widza – jest tam kto? Grał sobie jak gdyby był w swojej ulubionej roli – puk, puk. – zastukał w ekran i zamyślił się nad następną kwestią.

- Czy państwo uważacie, że to jest dramat? Czy komedia? Bo nie ma nic gorszego dla widza, czytelnika, czy słuchacza jak mieszanina poetyk. Ja sam w tej chwili, znajduję się takim położeniu iż, kompletnie nie wiem o co chodzi? Nie kumam czaczy! I nie mam zielonego pojęcia do czego ta scena ma prowadzić i pan wybaczy reżyserze… - Wzniósł ręce w teatralnym geście – jeżeli pan wymaga ode mnie tego, abym zachował się jak pożal się panie boże Szczepkowska i wszem i wobec wypiął się i pokazał co mam tam gdzie wszyscy mają to samo, to ja…proszę pana…Ja – podkreślił słowo Ja niczym Łomnicki, albo i nawet Woszczerowicz – Ja proszę pana w tej sztuce grać już nie chcę. – Zakończył obrócił się na pięcie i zszedł ze sceny.

 

    „Tu przydałoby się ujecie rozdziawionych twarzy na widowni.” – podpowiedział narratorowi Czocher.

 

    „Może lepiej skonsternowana mina Dominiki, która uświadomiła sobie, że zabrnęła o jeden most za daleko” – wrzucił swoje trzy grosze drugi reżyser. 

 

    „Nie. Skupmy się na głównym bohaterze i idźmy za nim” – zdecydował narrator.

 

   Filo wybiegł zdenerwowany. Tym razem jego słomiany zapał zmienił się w żywą pochodnię. W głowie świtała mu tylko jedna myśl. „Musze kogoś zabić!” – dla wzmocnienia efektu w tle słychać piosenkę zespołu the doors  z tekstem „Father! I want to…” i efektowne solo na perkusji z utworu „this is the end”

   Gwar ulicy. Dzikie płomienie w oczach Filostradosa, klaksony, statyści, o których obija się nasz pseudo bohater. Kosztowna scena. Ale cóż…niskim nakładem pracy nie osiągnie się zamierzonego efektu. Musi być energetycznie. Jak w kinie amerykańskim.

    Filo wsiada do samochodu. W takim stanie ducha, może być jeszcze scena pościgu. Przejeżdża na czerwonym i goni go policja. Super. Czad. Coca cola i myszka miki.

   Ucieka. Wstępuje w niego furia…jest niczym Clint Estwood, brudny Harry w szarych dżinsach i kaszkiecie. Pasuje to wszystko jak wół do karety, jak pięść do nosa. Ale gra…I to jak gra…

   Dojeżdża na miejsce. Oczywiście wszyscy są ciekawi celu jego podróży i zakończenia tego rozdziału nad którym autor wraz całą rzeszą postaci, które sobie wymyślił, głowią się już od tygodnia.

    Wsiada do windy. Jedzie do góry. Jazda w górę, ma tu znaczenie symboliczne. Świadczy o podświadomym kierunku, celu do którego dąży nasz bohaterek.

    Otwiera obskurne drzwi na dziesiątym piętrze szarego blokowca. Te drzwi są zawsze otwarte i być może grały już wcześniej ale nikt na nie zwrócił uwagi. Wchodzi do przedpokoju i otwiera następne.

    Przed oczami widza odkrywa się gabinet psychoanalityka. W tle pod oknem na drugim planie, niski, kurduplowaty terapeuta z niedużym zarostem i kamienną miną Bastera Katona. Na kolanach trzyma zeszyt do notatek i długopis w ręku. Na fotelu przed nim, na planie pierwszym, pacjent mazgaj z kompletem jednorazowych chusteczek w ręku, kończy ostanie zdanie

- Ja chcę do mamusi…

   Filo łapie go za kalpy od marynarki podnosi do góry i syczy przez zaciśnięte zęby;

- To wypierdalaj…

Pacjent dostaje jeszcze kopa na rozpęd i znika za drzwiami.

 

   Yul Bryner i Steve McQeen stają naprzeciw siebie mierząc się oczami. Kamera objeżdża ich kilka krotnie z różnych stron. Kilka tysięcy ujęć dla jak najlepszego montażu. Konsylium operatorskie klanu Sobocińskich, Kłosińskiego i Bławuta.

 

- Zdaje się, że nie był pan na dziś mówiony – zaczyna spokojnie znawca podświadomości.

- Zdaje się, że powiedział pan na początku naszej znajomości, że chce pan ze mną pracować. – sarkastycznym tonem pojechał Filo.

- Tak. Ale ta praca opiera się na pewnych zasadach…

- W dupie mam te wszystkie zasady! Rozumie pan! Wie pan na co mam teraz ochotę? Wie pan? – Filo krzyczy histerycznie…

- Nie wiem, ale zapewne mi pan zaraz o tym powie. – spokój analityka doprowadza Filosa do szału.

- AAAAAAAA! – wrzeszczy na całe gardło. Pęka szyba w oknie a różyczce w doniczce spada jeden płatek.

- Mam ochotę, przypierdolić panu pięścią prosto między oczy.

- To proszę to zrobić. Albo o tym mówić. Niech pan siada. Rozliczymy tę sesję na oddzielnych zasadach, a teraz proszę mówić.

 

  Napięcie z naszego chłopczyka, trochę schodzi. Siada potulnie jak baranek, pod wpływem autorytetu i siły opanowania. Wali jak opętany pięścią w fotel  obity grubą warstwą skór. Potem opada z sił i sapie jak byk. Głośno. Ociężale.

 

- Niech pan mi powie, jak to możliwe że ta kobieta…która nie wiedzieć czemu nagle, nie wiadomo jak, skąd po co i dlaczego, z tak cudownej damy, pełnej wdzięku i erotycznego powabu, niczym Kalina Jędrusik zmieniła się w Hankę Bielicką?

   Jak to zrobić, niech pan mi powie, bo ja tego nie wiem, po to tu, przychodzę, żeby sobie coś uświadomić, żeby się dokopać do jakiś tam swoich uczuć i teraz jedyne co czuję to wściekłość…ale jakoś tak wie pan…myślę, że na tym sens tej pieprzonej terapii polega iż wiem że ją mam, że mogę być wściekły i że mam do tej wściekłości prawo…

   Ale nie ważne…bo jak zwykle ja nie o tym…tylko tak jakoś się to wszystko rozjeżdża jak tylko usiądę i zacznę tokować…niech mi więc pan powie co ja mam zrobić, jakich używać słów, bo wydaje mi się, że to kwestia słów jest i ich interpretacji…W każdym razie chodzi o to, że przecież Dominika, też chodzi na terapię…i coś tam z niej powinna czaić, no nie?

Coś jej się powinno pod tym deklem rozjaśniać? Jakieś nitki z tych węzełków, zwojów mózgowych i synapsów rozsupłać się by chociaż trochę mogły. Żeby ta komunikacja, ten przepływ energii między dwiema półkulami szarych komórek, planet Marsa i Wenus sens swój jakiś miała…żeby przynajmniej jakaś puenta tego rozdziału nastąpiła. Bo przecież ile można tak jednym ciurkiem swoim strumieniem świadomości czytelnika męczyć.

 

Filo zamilkł na chwilę w oczekiwaniu na coś mądrego, na konkluzję jakąś i kolejną złotą myśl, która niczym Budda oświeci rzesze czytających i do nagrody Nike chociaż aspiracje mieć będzie.

 

- Wie pan…- Filo nadstawił uszy licząc na cud, zbawienie lub coś w stylu „wstań i idź” – musiałby pani Dominika przyjść na terapię, do kogoś bardziej doświadczonego. Kogoś takiego jak Ja na przykład.

 

22:45, filostrados , sny
Link Dodaj komentarz »
Walka w kisielu
   Ostatni tydzień października przyniósł w podarunku dodatkową godzinę. Filo wykorzystał ją na refleksję i wspomnienie zmarłych. W dniach poprzedzających ich święto odwiedził groby bliskich, swoich i Dominiki. Spędził miły czas w gronie rodziny zastępczej, uświadamiając sobie jej wartość. W zakamarkach swojej duszy, pogrzebał byłą, która okazała się fiaskiem.

   Tymczasem nie załatwione sprawy same się postanowiły przypomnieć.

- Halo, czy pan Filostrados. – odezwał się nieznany glos w słuchawce jego nowej komórki – mógłby pan do nas przyjść i się rozliczyć z zakupu mieszkania, bo mam tu pewne nieścisłości w dokumentach.

- Tak oczywiście – odpowiedział grzecznie i umówił się na konkretną datę.

  Postanowił nie wpadać w panikę, co mu się oczywiście nie udało.

„No tak, zaraz się okaże, że wiszę urzędowi skarbowemu jakieś trzydzieści, czterdzieści tysi”

- Czemu tak mało? Przecież stać cię na więcej! – podpowiedział Czocher.

- Więcej rat, czy nieszczęść? – wdał się w dyskusję.

- Więcej światła!

   Filo postanowił zadzwonić do byłej, gdyż to ona rozliczała wszystkie wydatki z ich wspólnej transakcji, podczas gdy on wiecznie, żył w świecie iluzji, gdzie tygrysy żywiły się trawą, a piersi nagich kobiet nie kusiły swym erotyzmem.

- Cześć słuchaj, dzwonili do mnie z urzędu skarbowego, brakuje im tam jakiś papierów, wiem, że ty je masz, możemy się jakoś spotkać, żebyś mi mogła je przekazać?

- Ok. Ja ci je skseruje i zadzwonię do ciebie. Tym bardziej, że musimy pogadać.

- A co się dzieje?

- No wiesz z Łukaszem…nie mogę teraz rozmawiać, jestem w pracy. – zakończyła dialog mistrzyni asertywności.

„I co teraz zrobisz?” – zapytał się Czocher swojego pana.

„Muszę pomyśleć” – odpowiedział głosem rozsądku – „Daj mi trochę czasu do namysłu”

Zaczął rozważać wszystkie za i przeciw.

„Jeżeli spotkam się z nią, prędzej czy później chlapnę coś o tym Dominice i będzie chryja. Jej chorobliwa zazdrość da o sobie znać i mam trzy godzinny monolog z histerią w tle…

- Trzy godziny – wtrącił się Czocher znawca tematu – trzy tygodnie. Najdłuższy spektakl w historii teatru. Dowiesz się nowych ciekawych rzeczy o Hadesie, Bogach greckich i ich powiązaniach ze światem zewnętrznym. O wspólnych korzeniach mitologii, psychologii, seksuologii i ich wpływie na perystaltykę jelit. O obrocie ciał niebieskich, o pobycie w Indiach i wędrówkach poza ciałem. O psychologii zorientowanej na proces, salceson i sedes. A przede wszystkim dowiesz się po raz kolejny o potworze, którego kochasz i uwielbiasz…bo przez cztery lata nosiłeś jej zdjęcie w portfelu…

- Dobra już wystarczy!- zaprotestował zdecydowanie.

- To tylko, próba.

  Kombinował dalej na spokojnie.

„Jeżeli jej o tym powiem i zaproponuje wspólne spotkanie, będzie to z mojej strony wyraz i dowód mojego szacunku dla Dominiki i zapewni ją o moim uczuciu.”

- Jakim uczuciu? Przecież oprócz złości nie wiele jest w tobie innych uczuć.

- Dobra, dobra.

- A może poradzisz się swojego psychoanalityka?

- Najbliższe spotkanie mam w czwartek a dziś jest wtorek. Poza tym prawdopodobnie odpowie głosem mojego ojca, ja ci radzę rób jak chcesz.

- No to jesteśmy w dupie.

- Dokładnie.

  Filo wybrał numer Dominiki i włożył kawę na ławę.

- Dobrze kochanie – odpowiedziała Dominika głosem Hestii. – zrobisz jak uważasz, ja się zgadzam, choć będę musiała przekroczyć siebie, ale w tym jest rozwój, tylko w ten sposób mogę nauczyć się kochać…

  Filo odstawił słuchawkę od ucha i pozwolił swobodnie wybrzmieć dźwiękom z niej płynących. Co jakiś czas przystawiał ją ponownie, dla zachowania pozorów, w oczekiwaniu na postawienie kropki.

- …rozumiem twój ból i to co przeżywasz, doceniam naprawdę twoją mądrość i zaangażowanie w nasz związek i nie pozwolę aby ta…

  Odstawił telefon na krótką chwilę, zaglądając w międzyczasie na plotka i dowiadując się, że Doda zrobiła sobie fotkę z nowym narzeczonym myjąc sobie uszy w bidecie.

-…nie chcę ponownie przeżywać tego co już mi raz zafundowałeś pisząc po swoich urodzinach, na które ją zaprosiłeś, tego jak tryumfowała wręczając ci kwiaty, jak cię adorowała, swoimi oczami, uwodziła w sposób, którego ja nie potrafię…

Wziął głęboki wdech i spojrzał na zegarek. Darmowe minuty upływały bezpowrotnie - …wierzę w prawdę i  prawdziwość. W to, że tak jak powiedział Chrystus „prawda nas wyzwoli” i „nie lękam się” jak nauczał nasz papież, spojrzeć jej w oczy.

- Ale chodzi ci o byłą czy o prawdę? – zapytał sarkastycznie łapiąc ją za słowo.

- Amen. – odpowiedziała.

Filo ustawił wspólne spotkanie, tak aby zadowolić Dominikę. Pojechał po nią pod dom, przywitał gorącym buziakiem i ruszyli.

- Wiesz… – zaczęła Dominika – ja nie muszę mówić, mogę słuchać lub, milczeć, chociaż to jest dla mnie trudne. Ja wiem, że twoja była milczała i że tobie było z tym wygodnie, bo wtedy twoje emocje były uśpione.  Przy mnie możesz mówić i ja akceptuję twoje gadulstwo, to ty nie znosisz mojego, dlatego jest ci trudniej…

„Cholera, skąd ona to wszystko wie?” – pomyślał Filo

- …ja akceptuję siebie jaką jestem i akceptuje ciebie. Szanuje cię i czerpię z twojej mądrości, karmię się nią, jak izraelici Torą, islamiści Koranem. Wierze w twoją intuicję i to, że prowadzi cię bóg.

   Filo zdębiał. Tak zdecydowana kropka postawiła go w kropce. Można by nawet powiedzieć w wielokropku, bo nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ani żadnego innego obrotu ciał niebieskich. Nie wiedział co powiedzieć, więc zapadła dość krępująca cisza, a ponieważ był jej wyznawcą więc postanowił być konsekwentny. Jednak coś go zaczęło świerzbić, swędzieć i wiercić nim od środka. Poprawił się na siedzeniu. Zamachał ogonkiem…

- Chcesz coś powiedzieć? – uprzedziła jego intencje.

- Nie – skłamał – tylko…właściwie…wiesz…

- Mów, ja cię wysłucham.

- …wiesz pięć lat psychoanalizy robi swoje…- postanowił się otworzyć - …i człowiek może mieć już jakiś tam wgląd w siebie. Powiem ci co się dzieje w męskiej szowinistycznej podświadomości, ale tylko dlatego, iż wierze, że nie obrócisz tej wiedzy przeciwko mnie. Ego jest okrutne i zrobi wszystko, żeby zadowolić swoje popędy, chucie i paranoje. Chodzi mu tylko o to aby się działo, by mieszać, kręcić, kluczyć i właśnie uciec od ciszy…teraz mi to uświadomiłaś. Dotychczas byłem orędownikiem milczenia, a teraz nagle…ośmielam się mówić.

- Więc o co chodzi temu twojemu ego?

- W tym konkretnym przypadku, to właściwie brakuje mi tylko hektolitrów kisielu, do którego bym was obie wrzucił i patrzył jak się o mnie bijecie.

- Naprawdę? To wspaniałe dokopię jej tak, że mnie do końca życia popamięta.

- Będę Ci kibicował. Tylko wiesz…pamiętaj ona jest mściwa i może się to wszystko obrócić przeciw mnie.

- Wiem. Dionizos rozkochuje w sobie kobiety które są mściwe i zazdrosne. Ja jestem zazdrosna.

Oczywiście ten rodzaj dialogu trzeba zakończyć namiętnym pocałunkiem.

  Arena była gotowa do igrzysk. Filo z Dominiką zajęli pozycje strategiczne i płynęli w galerii handlowej niczym para bogów po nieboskłonie.

- To ona? – Dominika wyrywała się do walki widząc każdą napotkaną samicę.

- Spokojnie jest jeszcze trochę czasu. – uspokajał ją Filo. – choć kupimy sobie coś do picia.

Filo zamówił dwie latte i znalazł miejsce do siedzenia.

   Nagle na stadionie przygotowanym boju do pojawiła się rywalka. Szła pewnym siebie krokiem, dumna ze swoich pióropuszy i płaszczyku z H&M. Filo skonstatował, że już na poziomie strojów kobiety ze sobą rywalizują, tak jak faceci, kupując sobie coraz to lepsze marki samochodów. Oczywiście pod kostiumem miała na sobie pancerz, parasol ochronny zapewniający jej poczucie bezpieczeństwa, którego on jej oczywiście nie mógł dać, bo przecież był z innej gliny. Innego gatunku. Był mężczyzną i przez to jak na klasyczną feministkę przystało był jej wrogiem. Przeciwnikiem w walce o byt. Ona oczywiście zjadała go już wiele razy, ale widać nie dość satysfakcjonująco, skoro prawdziwa, decydująca walka miała dopiero nadejść.

- Poznajcie się – powiedział Filo i rozdał babom rękawice – To jest moja była żona, to Dominika, obecna partnerka. Mieliśmy kilka spraw po drodze do załatwienia, więc postanowiliśmy przyjść razem, mam nadzieje, że ci to nie przeszkodzi. – jego expose zapowiadało się całkiem nieźle.

- To znaczy ja chciałam…- była straciła swoją pewność siebie, i widać było wyraźnie, że zamierza udać się do narożnika -…z tobą porozmawiać o…wiesz o czym…ale ponieważ…to oddam ci tylko te papiery i pójdę.

Następują czynności papierkowe. Wyciąganie ich z torebki i prezentacja. Filo aktorsko bierze je w ręce i …

- Acha…tu są rachunki…tu rozliczenie…

- Tak tu masz wszystko napisane – była okazuje swoją wyższość. Na papierach, pieniądzach i zusie zna się tak jak Dominika na Hadesie i Zeusie. – To w takim razie nie przeszkadzam państwu. – Zbiera się do wyjścia.

- Poczekaj – Filo spokojnym męskim głosem, próbuje ją zatrzymać – usiądź i porozmawiajmy. Chciałaś się spotkać, więc nie uciekaj…jesteśmy dorośli nikomu chyba nic się nie stanie. – zachęcił ją gestem dłoni wskazując krzesło.

- Jeśli macie państwo jakieś sprawy, które wolelibyście omówić beze mnie, to ja mogę odejść i pospacerować. Chętnie zobaczę co jest w tej galerii. Mam właśnie zamiar kupić sobie nową torebkę.

- Ok. jak uważasz. – powiedział mężczyzna.

Była usiadła i przybrała pozę słuchaczki.

- Więc mów.

- Słuchaj, ja chciałam powiedzieć, że sobie nie życzę, żeby ta osoba…boże…współczuje ci…naprawdę wiesz…co za wzrok...

- Dobrze…skup się miałaś mówić o Łukaszu.

- Więc…Łukasz jak wiesz przestał pracować, obecnie nie robi nic, siedzi w domu i nie szuka żadnej pracy.

- I co ja mam mu pracę załatwić?

- W końcu jesteś ojcem.

 

- Tak, ale wiesz…ja nie za bardzo mam jakieś możliwości.

 

- To może byś je znalazł.

 

Filo poczuł się zepchnięty do narożnika. Miał oglądać walkę, tymczasem sam został postawiony na ringu. Pierwszy cios był dość bolesny.

 

- Słuchaj, ja wiem, że jedyne co mogę dla niego zrobić, to być przykładem, pokazać mu, że się nie poddaje, nie załamuje i walczę z tą rzeczywistością, która nie dla każdego jest słodka.

 

- Szantażem emocjonalnym i histerią, że popełnisz samobójstwo tego nie osiągniesz.

 

Filo przyjął łagodnie cios drugi, lecz jeszcze nie osunął się na deski.

 

- Nie zapominaj, kto ci załatwił tę pracę w banku.

 

- Daj spokój dobrze. A poza tym powinieneś płacić alimenty, miałam nie poruszać tego tematu, ale…

 

- To w takim razie, dlaczego go poruszyłaś?

 

- Bo tak…wiesz…słuchaj…ja muszę już iść – wstała i wyciągnęła dłoń w jego kierunku – ja ci naprawdę dobrze życzę…a tej pani powiedz, żeby więcej do Łukasza nie dzwoniła.

 

- Chciała go tylko zaprosić na obiad, to coś złego jest?

 

- Nie ważne…

 

Dominika widząc, że rozmowa zbliża się ku końcowi podeszła by się pożegnać.

 

- Dowidzenia pani – zaczęła pierwsza biorąc Filostradosa pod rękę – chciałam tylko pani powiedzieć, że on jest mój i teraz ze mną spędzi dwadzieścia lat i będą to na pewno szczęśliwsze lata od tych, które spędził z panią.

 

- Nie wątpię. – Była uśmiechnęła się niczym Mona Lisa i podała kurtuazyjnie swoją dłoń na pożegnanie.

 

   Runda zakończyła się bez fajerwerków. Tylko herbata wylała się z kubków, podczas zbyt gwałtownego wstawania od stołu. Nogi się babom w kisielu nie rozjechały.

 

- Udało mi się. – komentowała swój sukces Dominika. – widziałam jak jej się ręce trzęsły, jaka była spięta i zaskoczona, jak pluła swoim jadem i chciała cię pożreć. Ale ty też byłeś bardzo dzielny, mój dionizosku…

 

- Dobrze dziękuję ci i gratuluje ale teraz chodźmy już…dobrze.

20:40, filostrados , sny
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 listopada 2011
Rozdział Fafnasty

   Filo usłyszał nagle  głośny dźwięk budzika. Przetarł oczy i stwierdził, że obudził się w mieszkaniu Dominiki. „Cholera” – zaklął w duchu – „chyba mi się film urwał”

 - Wstawaj. – usłyszał znajomy głos i uświadomił sobie, że nie wymknie się już po angielsku – zrobiłam ci kawy.

- Jak miło, dziękuję ci kochanie. – uśmiechnął się i wyprostował na łóżku. Czuł się co najmniej jak Matt Damon.

- Uważaj, nie rozlej – podała mu filiżankę na tacy w kształcie serca ze zdjęciem z Casablanki – Prawda, że piękne. Kupiłam wczoraj w Biedronce. A nie na żadnym Allegro.

- Tak. Rzeczywiście…cudowne. – zagrał perfekcyjnie. Polska Szkoła Filmowa.

- Słodziłam, dwie łyżeczki, tak jak lubisz. – Dominika pogładziła go po policzku i zawiesiła wzrok na dziesięć sekund. – Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. To normalne po operacji.

  Filo wytężał umysł, żeby znaleźć brakujący element układanki.

- Po za tym seks to nie wszystko.

Zakrztusił się i parsknął kawą na pościel.

- Nic się nie martw. Zaraz wytrę. – Dominika pobiegła szybko do kuchni.

Filo zajrzał pod kołdrę. Opatrunek czule okalał mu kolano. Poczuł pulsację w skroniach i pierwsze sygnały paniki. Wziął głęboki wdech i opanował zdenerwowanie. Kilka razy poklepał się po pliczkach.

„Myśl” – ustawił azymut wewnętrznego Gepesa. Dominika przyszła ze ścierką i wycierała plamy z pościeli.

- Znam wiele związków, które miały udany sex a mimo to się rozpadły. Przyszły pierwsze niepowodzenia i nie przetrwały próby czasu. Z nami będzie inaczej…- ściszyła głos i zbliżyła do niego usta. - Zobaczysz. I tak cię kocham.

  Filo uświadomił sobie, iż wolałby nie mieć tożsamości, niż ponieść porażkę jeszcze na tym polu. Zawodowo był znowu nikim. Telefony od kontrahentów przestały się urywać. Wchodzące w etap pół finałowy gwiazdy czwartej edycji Mam Talent, przyćmiły jaskrawe futerko Czochera. Jego szklane oczy zmatowiały, a dzieci znów zaczęły wytykać go palcami i pokrzykiwać – Pajac, pajac. Piłeczki podczas ćwiczeń wypadały mu z rąk. I nie był już w stanie utrzymać balansu na czole. (ustawić pionowo maczugi tak, by stała mu chociaż przez minutę)

   Jeszcze przed operacją, bawił się w swojej wieży tym ćwiczeniem. Czasem udawało mu się osiągnąć wynik, pięćdziesięciu czterech sekund, lecz zawsze brakowało mu tych kilku by osiągnąć, satysfakcję.

- Zawsze uważałam, że najważniejsza jest bliskość. To ona jest gwarancją udanego związku i warunkiem dojrzałej miłości. Wyjedziemy na jakiś czas, zaszyjemy się w jakimś hotelu. Będziemy tylko ty i ja, tak jak w tedy w Sopocie. Pamiętasz?

- Tak. Pamiętam, powiedziałaś; pieprzymy się jak króliki – sparodiował jej głos.

Dominika zaśmiała się.

- A ja powiedziałem, że przypominasz mi Kalinę Jędrusik.

- To było cudowne. – zwilżyła mu usta swoimi i po chwil oderwała się rozpoczynając swoje uwodzicielskie gierki.

- Może ta twoja chwilowa niedyspozycyjność jest objawem przemiany jaką zachodzisz. Może zmieniasz się w Hermesa. Dionizos był cudownym kochankiem, zapładniał kobiety tak jak ty…- dotknęła go erotycznym spojrzeniem - …ale Hermes już mniej. Hermes zapłodnił swoją spermą ziemię i dzięki temu wydała plon. - Filo postawił oczy w słup - Chyba nie oburza cię to co mówię? - Podniosła się nagle i usiadła przy stole – to chrześcijaństwo i katolickie wychowanie zmieniło całkowicie właściwe rozumienie tych spraw. Dlatego wielu dzisiejszych mężczyzn jest impotentami. Znają się na biznesie, ale są beznadziejni w łóżku.

- Skąd ty o tym wiesz? – Zapytał podirytowany.

- Od koleżanek. Niektóre mi się zwierzają ze swoich problemów.

- Skoro nie jestem biznesmenem… – Filo zrzucił z siebie kołdrę i powoli ruszył w stronę swej lubej – …to powinienem…być…- jego dłonie ruszyły w poszukiwaniu ziemi obiecanej.

- No właśnie…powinieneś…

- Oj tam, oj tam…- zażartował modnym ostatnio powiedzonkiem i zaciągnął ją z powrotem do pościeli.

   „No i udało się” – przypomniał sobie kilka godzin później powiedzonko ze sztuki Izaaka Singera, w której grał przed wielu laty. Miał oczywiście na myśli operację. Ortopeda powiedział mu co prawda, że „tym łażeniem bez stabilizatora nabawił się chodromalacji” (zwyrodnienia stawów) i za jakiś czas mogą mu wstawić jakąś protezę w kolano. Postanowił się tym jednak nie przejmować. W końcu tyle już w życiu przeszedł…dróg,

kanałów depresji i załamań, które tylko wzmocniły jego nadwrażliwe ego. Na całe szczęście, (mimo jego wielu obietnic) nie udało mu się przejść na drugą stronę cienia, w związku z czym cała ta jego teoria o co skłonnościach do autodestrukcji wydaje się dość mocno naciągana.

   Jadąc na spotkanie z koleżanką fundacji,  której był ojcem chrzestnym, rozpamiętywał minione lata. Swój idealizm, młodzieńczą wiarę w to, że „ruszy bryłę z posad świata”. Jak na razie udawało mu się tylko kopanie kamyczków błąkających się bezpańsko po chodniku.

- Cześć – odezwał się pierwszy do Ireny, która czekała na niego przed wejściem do Ministerstwa.

- Cześć – odpowiedziała i szybko przeszła do tematu sprawy – musisz tu się podpisać, bo oni tam w biurze wymagają dwóch podpisów, tak jak jest w statucie. Musimy szybko uzyskać zgodę na druga zbiórkę publiczną, bo pierwsza poszła rewelacyjnie. Kupiliśmy dwa łóżka na oddział, trzy kardiomonitory i finansujemy protezę dla Tomka…acha i jeszcze…

- …to może zorganizujemy jeszcze jedną na spłatę moich kredytów…- wciął się jej w słowo, bo już irytowało go bycie dobrym samarytaninem.

-…dlaczego jesteś cyniczny? – zapytała bezpardonowo.

- Bo już mi się to znudziło…- odpowiedział natychmiast nie przebierając w słowach.  – bo jakoś nie do końca wierzę, w tę misję i posłannictwo. – zaakcentował sarkastycznie słowa misja i posłannictwo - Być może, to w jakimś stopniu pomaga chorym, chociaż wiesz…jak teraz byłem w tym szpitalu, zastanawiałem się czy miałbym ochotę tak zaraz po operacji patrzeć na jakiegoś zabawiacza? Wystarczyła mi telewizja.

- To dlaczego to robisz?

- Dla piaru. Po za tym, wiesz wydaje mi się, że tak naprawdę chodzi głównie o działanie. Jest cel i się go realizuje. Zmaga z materią, przeciwnościami, które zawsze się piętrzą ilekroć chce się coś osiągnąć. W gruncie rzeczy to właśnie jest najistotniejsze. Ja nie deprecjonuje twoich działań, tylko nie bardzo wiem, czy chcę pomagać. Kiedyś mi się to wydawało takie piękne i wzniosłe. Dziś wiem, że największą sztuką jest pomóc samemu sobie.  Gdybym to potrafi nie byłbym taki cyniczny. – Postawił kropkę i zrobił całkiem niezłe wrażenie swoją szczerością. - Dobra dawaj te papiery.

   Filo załatwił sprawę i ruszył w dalszą podróż przez życie. Jechał autobusem, żeby oszczędzić na benzynie. Dzięki temu miał więcej czasu na czytanie książek i własne przemyślenia. Puścił w ruch wodze fantazji, lecz zamiast nich wyświetliła mu się lista nie załatwionych spraw. Wśród nich, jak byk wysiała kartka z upomnieniem z biblioteki. „Cholera” – zakałą w duchu – „dorosłość polega na tym, że już się nigdy nie będzie mieć czasu dla siebie”  - przypomniała u się sentencja Dominiki.

  Autobus zatrzymał się na przystanku i Filo ruszył w kierunku sklepu. Robiąc zakupy starał się nie przekroczyć magicznej cyfry dziesięciu złotych, które ciążyły mu w portfelu. Zakupił zatem dwie kajzerki, kawałek sera i setkę żurawinówki na dobry sen. Zamiast Melatoniny. Wychodząc z osiedlowego spożywczaka, którego hasło reklamowe waliło wszystkich na kolana „U Grubego – zakupy na całego” pomyślał, że wyśle do ukochanej esemesa następującej treści „Nikt jeszcze mnie tak romantycznie nie rehabilitował” – lecz nagle, klepiąc się po wszystkich kieszeniach, krzyknął na całe osiedle „Gdzie moja Komórka?”

  

  Poszukiwania zaczął od plecaka. Przetrząsnął jedną kieszeń. Potem drugą. Potem wyrzucił z niego wszystko na ziemię. Dziobał rzeczy jak kura, rozgrzebując je na wszystkie strony i nie bardzo widząc, co się wśród nich znajduje. Szok zawęził mu ostrość widzenia. Nie trzeba oczywiście dodawać, że klął przy tym jak szewc, oskarżając samego siebie o wrodzoną skłonność do dupowatości. Oczywiście winni byli po kolei; mamusia, cały świat, a przy okazji Balcerowicz i Tusk, żeby tak było niepoprawnie politycznie. Nic nie pomagały mantry,  zaklęcia i inne pierdoły. Neuroprzekaźniki wrzuciły embargo na dostawy serotoniny. Nasz twardziel zmienił się w dziesięcioletniego chłopczyka i wybuchnął płaczem.

   „Kurwa” – krzyknął – „Co by tu jeszcze spieprzyć?”

Ponieważ odpowiedź nie nadchodziła, postanowił działać. Zadzwonił ze swojego domowego telefonu, do ZTM i tam połączył się z dyspozytorem zmiany. Szybko uzyskał konkretną informację.

- Wygląda na to, że ktoś już ją łyknął.

- A co to diabła! Tabletka jakaś? – krzyknął do słuchawki.

- Się pan tak nie denerwuje…przykro mi…naprawdę.

 

   Koniec rozmowy.

 

Następna była przeprowadzona z Dominiką

 

- To okropne, kochanie, bardzo mi przykro…ale wierzę w ciebie…musisz przejść przez ten ból i uświadomić sobie, że dzięki stracie możesz coś zyskać. W ten sposób dokonuje się rozwój. Przemiana. Ja też to przeżyłam, jak rozstawałam się ze swoją sukienką, która okazała się na mnie za wąska w pasie. Zrozumiałam, że tusza jest czymś, z czym się muszę pogodzić i że już nigdy nie będę mieć figury dwudziestolatki. 

  Filo gryzł słuchawkę i chodził w kółko. Dwa w jednym.  

- Chyba potrzebuje jakiegoś leku…nie mogę się uspokoić.

- Dasz radę…mój Dionizosie…po co ci komórka, skoro tyrs dzierżysz  w swej dłoni.

 

    Koniec Rozmowy drugiej.

Myśli kłębiły się we łbie Filostradosa niczym dymy nad wulkanem o nazwie, której nikt nie potrafi wmówić; Eyjafjallajökul. Oczywiście nie trzeba dodawać, że były to myśli, głupie, niedorzeczne i nie mające jakiegokolwiek związku ze sprawą. Nie pomogła żurawinówka, validol i tyrs. Myśli wracały jak bumerang i grzebały duszę biednego Filosa w czeluściach i odmętach depresji.

- Dlaczego ja taki jestem? Dlaczego to zawsze ja? Dlaczego? Dlaczego?

- Może po prostu ten z góry cię nie lubi – odezwał się Czocher

- Ale dlaczego? – otarł łzy i przestał się mazać. Nic tak nie koi nerwów schizofrenikowi jak wewnętrzny dialog.

- Nie wiem? Musiałbyś się jego zapytać. Ja tam ciebie lubię, mimo, że mazgaj jesteś i maruda.

- Naprawdę?

- Żartowałem.

- No sam widzisz. Nie nadaje się do tego życia.

- O boże, znowu się zacznie – Czocher zakrył sobie twarz ręką i puścił oko do kamery.

- Stary, wyluzuj. Włącz trzecie oko wyobraźni i spójrz na to z punktu widzenia zen. W końcu po to na te odosobnienia jeździłeś. No nie? – zapytał retorycznie – Wyobraź sobie jaką radość sprawiłeś osobie, która go znalazła, tym samym pomnażając zasób swoich dobrych uczynków.

- Wiesz co. W życiu nie słyszałem większej bzdury.

   Gdy już zmęczyła go rozmowa z tworem swojej fantazji, zasnął.

Obudził się wcześnie, bo był umówiony na zdjęcia do filmu. Filo ma takie szczęście w życiu, że spotyka na swej drodze ludzi, którzy lubią coś robić dla idei – czyli za darmo. Godzi się na to naiwnie wierząc, że ktoś mu kiedyś za to postawi pomnik. Pomnik nieudacznika.

    Przyszedł na spotkanie punktualnie. To była tak zwana nisko budżetowa produkcja, więc zdjęcia były kręcone w prywatnym mieszkaniu. Żadnego cateringu, wielkich samochodów ze światłami i całą tą filmową zadymą. Reżyser i Filo po powitaniu  przeszli szybko na ty, żeby ułatwić sobie pracę.

- Więc mówisz, że postanowiłeś wrócić do polski. Nie podobało ci się w stanach? – zapytał Filo wiedząc co nieco z drugiej ręki.

-  Oboje z żoną mieliśmy już dosyć kraju w którym panuje korporacjonizm – odpowiedział rozstawiając lampy amator kina offowego

- Ale przecież, tam panuje demokracja – Filo postanowił podtrzymać rozmowę, wcielając się w dziennikarza.

- Ta demokracja jest tylko na pokaz. Tymczasem prawdziwe rządy sprawują ludzie, którzy pozyskują swoich pracowników, mówiąc im „pracujcie dla nas a my wam się odwdzięczymy”. W ten sposób podtrzymują ogólną iluzję raju na ziemi. W rzeczywistości wysysa się społeczeństwo i obywateli z ich wartości i tego co można by nazwać kulturą. Tam człowiek bez ubezpieczenia jest nikim, nie ma żadnych praw, do opieki, lekarza.

- To rzeczywiście przerażające. A jak ci się podoba u nas?

Rezio wskazał Filostradosowi fotel, na którym miał siedzieć podczas kręcenia sceny i kontynuował swój wykład o braku poszanowania praw w dzisiejszym świecie.

- Wygląda na to, że sytuacja polityczna w Polsce, też zmierza w tym samym kierunku.

Filo pokiwał głową ze zrozumieniem i pomyślał, że sam musi nadać ton tej rozmowie, bo inaczej pogłębi się tylko jego depresja.

- Wygląda na to, że tylko Woody Alen się tam dobrze czuje?

- Ale robi ostatnio coraz gorsze filmy. Na dodatek to straszny sknera jest i płaci najniższe stawki swoim aktorom.

„Za to Ty koleś nawet takich stawek nie zapewniasz” – pomyślał Filo i ugryzł się w język.

- Ale Forman jakoś sobie daje radę.

- Tak. On się tam zaaklimatyzował i można nawet powiedzieć, że udało mu się nie sprzedać swojej duszy.

- O! Tak. To wielkiej klasy reżyser. Jeden z moich ulubionych. Chciałbym dostać jakąś małą rólkę u niego. Np. menela. Oczywiście wygłupiam się. Tak naprawdę, mógłbym zagrać wszystko, pietruszkę, selera, kalafiora, rzepę. Chociaż jak dotychczas moim największym osiągnięciem był szewczyk dratewka Kownackiej. Znam go na pamięć, uwielbiam tego cztero zgłoskowca „Cóż to jejmość krzywa taka, może naprawić chodaka?” Filo zagrał dziarskiego chłopca z szydłem w ręku.

„Co mi tam twoje chodaki, kiedy mam zmartwienie takie” – odpowiedział głosem Ochmistrzyni.

Reżyser uśmiechał się z mistrzowskiego pajacowania Filostradosa, który postanowił unikać trudnych tematów i wprowadził lekką atmosferę na ten niskonakładowy plan.

 - To co może spróbujemy coś nakręcić? – zapytał po dwóch godzinach precyzyjnego ustawiania świateł, gdy właśnie kończyła się Filostradosowi cierpliwość.

- Ok. Bardzo chętnie. – zapalił się aktorzyna.

   Filo miał grać psychiatrę, do którego przychodzi były żołnierz z objawami typowymi dla zaburzeń weteranów wojennych. Reżyser wymyślił sobie, że dialogi będą improwizowane, tak więc Filo mógł się poczuć jak ryba w wodzie. Do tej pory zawsze uważał, że jest tak genialnym aktorem, że nie potrzebne mu żaden scenariusz, dialogi, ani nawet reżyser. W swych teoretycznych rozważaniach, na temat tego zawodu doszedł nawet do wniosku, że zbędne są również światła, kamera a nawet widz, który i tak się na niczym nie zna i co gorsza nic nie rozumie, z jego wspaniałej wielkiej sztuki. Tak więc, w prawdziwym aktorstwie, można się obejść bez niczego, bez tych wszystkich protez, które tylko zabijają istotę i ducha, wystarczy skupienie, zen. Cisza. Kropka.

   Tak myślał Filo do tej pory. Tymczasem gdy przyszło mu ten plan, marzenie jego życia, wprowadzić w czyn, oczywiście doznał pierwszych symptomatycznych objawów paniki i musiał iść do toalety. Tam po dokonaniu ablucji, podczas obmywania twarzy niewyraźnej z niewyspania, tłumaczył i przekonywał samego siebie, że jest w stanie sprostać temu wyzwaniu.

- Dasz rade! Jesteś nadzieją polskiego kina offowego, zobaczysz wszystko będzie dobrze!

- Ale ja…

- Idź. Walcz.

  Po tym jak udało mu się opanować nerwy i wrodzoną histerię, przystąpił dziarsko do dzieła i wcielił się w zadaną mu postać. Ponieważ miał wzorzec, który od pięciu lat wnikliwie badał jego duszę, wiedział, że musi być jak najbardziej spokojny, opanowany i uważny i to właściwie wszystko. Wydawać by się mogło, że chyba ta sztuka nawet mu się udała, bo po jednym z ujęć, reżyser powiedział;  

- To będzie doskonałe zakończenie tej sceny!

   Filo zdziwił się i uznał, że to żart, jakiś, kaprys losu, bo przecież on nie może być tak naprawdę dobry w tym co robi, bo przecież, życiowo jest mu pisana zupełnie inna rola.

 

 

21:40, filostrados , sny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 października 2011
Cienie

   Nocna lampka kładła na ścianach pokoju cienie. Filo dostrzegał w nich kształty nieobecnych osób. Zimny pot zalewał mu skronie. Znał już to uczucie. Kiedyś w czasach młodości, gdy eksperymentował z marihuaną wyhodowaną własnym sumptem, budził się w nocy i zastanawiał czy jest to objaw narkotycznego głodu, czy początki choroby psychicznej? Pytania mijały wraz z nadejściem dnia i odchodziły bez odpowiedzi spychane w głąb nieświadomości. Teraz po latach wracały ze zdwojoną siłą. Pukały do drzwi niczym wierzyciele z plikiem niespłaconych rachunków.

   Ciocia również nie spała. Męczył ją pooperacyjny ból ręki i myśli o siostrze, rodzinie, miłości. W młodości była piękną kobietą. Jako jedyna z trzech sióstr nie doczekała się potomstwa. Związała się z żonatym mężczyzną. Stefan wkręcił się w rodzinę i szybko stał się duszą towarzystwa. Na imieninach brylował opowiadając dowcipy i zabawiając wszystkich  swoim czystym śpiewem. W repertuarze miał zestaw warszawskich ballad, którymi hipnotyzował do tego stopnia, że Filo rzucał swoje zabawki i zasłuchiwał się rozdziawiając buzię. Ich romans w końcu przerodził się w małżeństwo. Stefan rozwiódł się z żoną i poślubił ciocię. Potem ciocia rozwiodła się ze Stefanem. Stefan bujał się pomiędzy żoną a ciocią, jak czapla z dziecięcego wierszyka, aż w końcu przypomniała sobie o nim śmierć. Tylko ona dobiera sobie partnerów tak, że nie można się nimi dzielić. Ciocia co roku zapala mu lampki na grobie, a jego zdjęcie wisi nad jej łóżkiem.  Ciocia przelała swoje macierzyńskie instynkty na Patrycję. Jeździła do Włoch regularnie odwiedzać swoją siostrzenicę. Katarzyna i Konstancja czuły się o to strasznie zazdrosne. Filo budował sobie na tych obserwacjach podstawy wiedzy psychologicznej. Potem amatorsko uzupełniał ją na terapii. Mimo lęku, który towarzyszył rozpamiętywaniu przeszłości kontynuował swój spirytystyczny seans, zagłębiając się w śnienie z otwartymi oczami.

 

- Więc po co tu właściwie przyszłaś? – Spytał się Patrycji, gdy już opadły mgły emocjonalnej burzy.

- Właściwie to ja bym chciała cię zapytać dlaczego wtedy przyjechałeś?

 

Filo zatopił się w refleksji i zastanowił jak to ująć w słowa.

- Wiesz…Może to zabrzmieć bardzo głupio, ale czułem w tym jakąś misję. Słyszałem twoje wołanie i pomyślałem, że gdybym ja był na twoim miejscu to jedynym moim marzeniem, byłoby zobaczyć się z kimś…kogo…

- Kochałam?

- Wiesz co ja myślę o miłości?

- Tak wiem. Mów dalej.

- Powiedzmy z kimś bliskim. Z kimś z rodziny. Zadzwoniłem wtedy do Konstancji, bo jak wiesz to ona zasponsorowała bilety i powiedziałem – słuchaj nie ma co, jedziemy. W końcu związki karmiczne są najsilniejsze. Po za tym, pamiętasz…jak umierała moja mama to pojechałem sobie do Norwegii. Do pracy. Zarabiałem tam grube pieniądze, którymi potem mogłem utrzymać rodzinę. Długo nie mogłem sobie tego wybaczyć. Nosiłem ten kamień w sercu, a Dominika do dziś potrafi mi to wytknąć – ja bym tak nie zrobiła. Nie pojmuję tego, z jaką lekkością ludzie potrafią osądzać. Aktorstwo to zawód, który potrafi lepiej zrozumieć człowieka. Każda postać rządzi się swoją logiką. Dokonuje wyborów, właściwych tylko w danym momencie. Potem czas je weryfikuje i można zrozumieć swój błąd, ale dzban będzie już bez ucha. Wtedy wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem. – Filo przerwał na chwilę by móc ponownie zebrać myśli. Miał tylko odpowiedzieć na pytanie, lecz kiedy zaczął monologować, puściły  mu hamulce.

- Bardzo się ucieszyłam z Waszego przyjazdu – weszła mu w słowo siostra.

- Tak. Pamiętam. Byłaś bardzo dzielna. Imponowała mi twoja… – Filo powoli dobierał słowa  - akceptacja.

- A mnie twój spokój. Byłeś taki naturalny. Ale mów dalej, przerwałam ci.

- Wtedy myślałem jeszcze, że jak zarobię tę kasę, to uratuję rodzinę. Kasę przywiozłem, rodzina się rozpadła. Wiem, że dołożyłem się do tego, nie ma co…trzeba to sobie otwarcie powiedzieć…

- Ale wiesz…tak miało być, nie masz co rozpamiętywać przeszłości, bo umknie ci to czego jeszcze możesz dokonać… - trochę za późno ugryzła się w język.

Filo popatrzył na nią z politowaniem.

- Słuchaj! Powiem ci otwarcie i szczerze…nie będę owijał w bawełnę i postaram się nie truć. Krótko, węzłowato i na temat...i jak wiesz, tego typu zapowiedzi są wstępem do godzinnego monologu, który wciska w fotel tak, że zapomina się o hemoroidach. Nie cierpię takich tekstów i generalnie nie kreci mnie NLP. Jakoś nie do końca ufam słowom. Wierzę w przekaz. Komunikację. Transport. Neuroprzekaźniki. Wiesz o co chodzi?

 Patrycja udawała zainteresowanie, tak żeby Filo mógł kontynuować.

- Jak dają to bierz, jak biją to uciekaj! Kto to powiedział?

- Pewnie mi zaraz powiesz! – z zadowoleniem powiedziała Pati i sięgnęła po papierosa. Jak widać odruchy działają w zaświatach.

- Dziadek Marcel. Taki dał mi Przekaz. Komunikat. Akcja – Reakcja. O tym samym mówił mi Jaś Plewko, tylko, że on to przełożył na kukiełki.

- Kompletnie się pogubiłam, ale podoba mi się twój zapał. Jesteś taki męski teraz.

- I widzisz. Masz przykład. Nie wiesz o czym mówię, ale łapiesz przekaz energetyczny, poza słowem. Jest  w tym jakaś prawda? – Filo zrobił wymowną pauzę i wlepił wzrok w słuchaczkę.

- No tak…nie wiem o co chodzi ale słucham z uwagą. – pokiwała głową.

- Dokładnie! – klasnął zadowolony w dłonie.

- Neuroprzekaźnik zamienia sygnał elektryczny w chemiczny. Jak boli ucieczka, jak strach agresja. Jak podniecenie – przyjemność. Przekaz się dokonuje automatycznie.

- Ale konkretnie do czego zmierzasz?

- Nie słowo jest przekaźnikiem. Lecz energia. Kolor. Działanie. Ruch. Gest musi być w zgodzie z ciałem. Ciało nie kłamie. Czy wiesz, że osiemdziesiąt procent komunikatu zawartego w przekazie jest zawarte poza słowem. Pozostałe dwadzieścia procent – to komunikat werbalny.

- To dlaczego tak dużo mówisz? – zapytała udając podirytowanie.

- Bo jak mówię to pisze!

- Co?

- Mówię to co chciałbym napisać. A jak piszę, to mówię. A jak się mówi, to się o tym nie myśli, tylko się tokuje…ludzie i tak łapią przekaz energetyczny i kiwają głowami, przewracają oczami, przestępują z nogi na nogę. Wiesz język ciała. U was tak nie ma?

- Wiesz u nas obowiązuje przekaz telepatyczny. Język ciała się dezaktualizuje.

  Filo zrozumiał, że zabrnął w ślepą uliczkę.

- I co? Tak rozmawiasz z Dominiką?

- Skąd wiesz?

- Domyślam się. Wiesz jestem inteligentna.

- Ja jej o neroprzekaźnikach a ona mi o amalgamacie.

- Sorry?

- To coś w tym stylu. Wydaje mi się, że dobrze będzie teraz porosić ciocię…pić mi się chce a i poduszkę mam źle podłożoną.

- Wiesz jesteś okropny, ale dobrze mi się z tobą rozmawia.

- Pamiętasz jak, próbowałem cię położyć na łóżku…sorry ważyłaś chyba ze sto kilo. Próbowałem podejść do tego jakoś logistycznie. Wpadłem na pomysł, że sam najpierw usiądę na środku, potem ty uwiesisz się na mnie i tak jakoś wciągnę cię na siebie. Nie wiem co mi doprawdy przyszło do głowy,  bo jak już tak leżałaś na mnie, czułem się naprawdę nieswojo. Ale zanim to się stało, wziąłem cię za rękę i objąłem w pół. Powiedziałaś wtedy coś, co nas wszystkich bardzo rozbawiło  - jak do walca -  rzeczywiście dłonie mieliśmy tak ułożone jakbyśmy mieli zacząć tańczyć.

- Ok. Filo. To wszystko jest bardzo piękne. Świetnie się nam rozmawia, ale właściwie o co chodzi?

- Nie ważne. Przecież sama o tym wiesz. Tu i teraz miliony kosmosów komunikuje się ze sobą. Czy dzieci tak naprawdę wiedzą o czym mówią? Słyszałem kiedyś w radio jak dziecko zdefiniowało słowo bliskość. Myślałem, że pęknę ze śmiechu. Bliskość – powiedziała dziewczynka takim swoim miękkim głosikiem – jest wtedy jak się czuje jak komuś śmierdzi z buzi. No sama powiedz, czyż to nie piękne?

- Ok. Filo. Wygadaj się.

- Tylko please, nie przewracaj oczami.

- Mamy tylko tę chwilę. Tak jak wtedy, zareagowałem na wezwanie serca…poleciałem i wiesz…jest to jedyna wartościowa rzecz, która mi się przytrafiła w tym zasranym życiu.

- Byłeś bardzo wspierający. Pamiętam jak przychodziłeś do mnie w nocy.

- Powiedz co się wtedy czuje?

   Patrycja zadumała się na chwilę aby zastanowić się nad odpowiedzią.

- Sam kiedyś się dowiesz?

- Daj spokój nie bądź taka tajemnicza.

Patrycja popatrzyła na niego z czułością. Pogładziła po policzku. I znając jego poczucie humoru, wybałuszyła oczy i rzekła chrypliwym głosem.

- Strach!!!

- Bardzo śmieszne. – zareagował jak mały chłopczyk.

- Pamiętasz co ci kiedyś mówiłam…powtarzał mi to mój nauczyciel jogi…w gruncie rzeczy wszystkiego doświadczamy na własne życzenie.

- Dobra…to już wiem…z psychoanalizy. Daruj sobie. Masz jakąś muzyczkę, chóry anielskie, trąby jerychońskie?

- Nie! Tylko powietrzne.

- Mogą być, zmieni się klimat.

- Ociepli?

- Słuchaj! Ja jednak lubię ludzi tylko jak milczą. Dlatego umarli stają mi się bliżsi.

- Będzie ci ciężko jak będziesz tak wszystkim docinał.

- Jeden taki zrobił na tym zawrotną karierę.

- Zapłacił za to samotnością?

- Może tak. Postawimy kropkę?

- Nad i?

- Nie pod wykrzyknikiem!

 

Cienie na ścianie zamilkły. Wiatr zastukał do okna gałęzią. Księżyc mrugnął okiem,  ciocia ziewnęła a Filo puścił bąka pod kołdrą. Nie mógł ani zasnąć ani się obudzić. Bujał się jak wujek Stefan w nadziei, że ktoś za niego rozwiąże zagadkę i sens bytu
00:36, filostrados , sny
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43